Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dłonie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dłonie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 kwietnia 2021

Recenzja: HAND.lab kuracja do suchych i zniszczonych dłoni MIYA

Recenzja: HAND.lab kuracja do suchych i zniszczonych dłoni MIYA

Skóra na naszych dłoniach przeżywa ostatnio ciężki czas. Przez pandemię dużo częściej myjemy ręce i dezynfekujemy je płynami antybakteryjnymi, które powodują przesuszanie się skóry i naruszają jej naturalną barierę ochronną. Nie sposób zrezygnować z tych czynności, możemy jednak ulżyć naszym dłoniom i zafundować im odpowiednią pielęgnację. Zapraszam na recenzję kuracji Hand.lab od Miya Cosmetics.


Wydaje się, jakby to było "wczoraj", a jednak pandemia trwa już ponad rok! Zalecenia dotyczące zwiększonej higieny dotyczą częstego mycia i konieczności dezynfekowania dłoni. Wiele osób narzeka teraz na przesuszoną skórę rąk, która nierzadko jest szorstka i piecze. Oprócz środków dezynfekujących źle wpływają na nią także czynniki atmosferyczne, jak zimno czy wiatr. Nie wiem, czy też tak macie, ale ja generalnie na wiosnę mam skórę bardziej wrażliwą  i skłonną do przesuszania się. Nic więc dziwnego, że piekąca, szorstka skóra to w ostatnim czasie była moja codzienność... Była - bo uratowało mnie trio nowości od Miya! I była to akcja ratunkowa błyskawiczna, a zarazem  bardzo skuteczna!


W skład kuracji HAND.lab wchodzą trzy produkty: wygładzający peeling do rąk z olejkami, serum z prebiotykami 2% oraz skoncentrowana maska z olejkami 40%. Producent zaleca przeprowadzenie kuracji w czasie minimum 3 tygodni, aby skóra w pełni zregenerowała się i odbudowała. Każdy z kosmetyków HAND.lab można oczywiście używać także oddzielnie w zależności od potrzeb skóry. Wszystkie produkty mają wegańskie formuły i są cruelty-free, czyli są pozbawione substancji pochodzenia zwierzęcego i nie były testowane na zwierzętach na żadnym z etapów produkcji. Opakowania kosmetyków pochodzą w materiałów z recyklingu.

Peeling wygładzający do rąk z olejkami HAND.lab

Funkcję ścierającą pełnią w nim drobinki peelingujące z krzemionki, kukurydzy i orzecha włoskiego, które delikatnie oczyszczają i wygładzają skórę. Peeling zawiera w składzie także olejek ze słodkich migdałów i z nasion słonecznika, które odbudowują warstwę ochronną skóry i regenerują ją, a kompleks prowitaminy B5 i witaminy E wpływa na nawilżenie i odżywienie skóry.


Peeling zalecany jest jako pierwszy etap w kuracji do dłoni HAND.lab i powinien być stosowany 2-3 razy w tygodniu. Nakładamy go na zwilżone wodą dłonie, delikatnie rozsmarowujemy, a po chwili spłukujemy. Producent nie zaleca trzymania kosmetyku na dłoniach dłużej niż 5 min. I chyba wiem, czemu takie ograniczenie - można się nieco zapomnieć w tym "mizianiu" skóry ;-) Kosmetyk ma delikatny, neutralny zapach. Już podczas aplikowania go czujemy, jak skóra pod palcami staje się delikatniejsza i wygładzona. Drobiny ścierające bardzo dobrze radzą sobie z pozbywaniem się martwego naskórka i szorstkiej skóry. Mimo to czuć też obecność olejków, bo skóra oprócz wygładzenia jest elastyczna i miękka. 

Skład: Aqua (Water)*, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Glycerin*, Cetearyl Alcohol*, Silica*, Glyceryl Stearate Citrate*, Glyceryl Stearate*, Coco-Caprylate/Caprate*, Panthenol, ZeaMays Cob Powder*, Juglans Regia (Walnut) Shell Powder*, Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum*, Triethyl Citrate*, Caprylyl Glycol, Benzoic Acid, Sodium Phytate*, Potassium Hydroxide, Citric Acid, Parfum (Fragrance), HexylCinnamal *składniki pochodzenia naturalnego 98,2 % składu

Regenerujące serum do dłoni z prebiotykami 2%

Skoncentrowana formuła serum na bazie z masła shea wzbogacona została prebiotykami, które chronią i utrzymują mikrobiom skóry. Mikrobiom skóry to typowe dla niej bakterie, wirusy, grzyby i roztocza, które zasiedlają jej powierzchnię. Jeśli są one w równowadze ilościowej i gatunkowej, to stanowią ochronę skóry. I dzięki temu skóra nie choruje na alergie, AZS czy łupież. To dlatego zachowanie mikrobiomu skóry może być tak ważne, zwłaszcza gdy borykamy się z dużymi problemami skórnymi. W składzie kremowego serum znajdziemy także regenerujący olej z nasion słonecznika i kompleks witamin (prowitamina B i witamina E), który opóźnia procesy starzenia się skóry i przywraca jej elastyczność. 


Serum w konsystencji przypomina krem. Jest zalecane jako drugi krok w pielęgnacji HAND.lab, można je także używać samodzielnie. Ja kupiłam je sobie prywatnie i początkowo używałam solo, a dopiero później jako element kuracji. Kosmetyk ma lekką formułę i bardzo szybko wchłania się w skórę. Chwilkę po aplikacji możemy używać telefonu czy klawiatury bez obawy o ich ubrudzenie. Do tego ma prześliczny zapach, od którego można się uzależnić! Serum pozostawia na dłoniach nietłusty, lekki film ochronny, który koi i uspokaja podrażnioną i spierzchniętą skórę. Bardzo dobrze nawilża i regeneruje skórę, przywraca jej elastyczność i opóźnia proces starzenia się. Jeśli z całej kuracji miałybyście wybrać tylko jeden kosmetyk, to zdecydowanie polecam Wam właśnie to serum, jako najbardziej uniwersalne i ekspresowe w działaniu. W zależności od stanu naskórka można stosować je 1-2 razy dziennie. Ja używam go zazwyczaj na noc, bo wtedy też mam więcej czasu na wszelką pielęgnację. Czy wspominałam już, że zapach serum jest przepiękny i działa na mnie bardzo odprężająco? :)  


Skład: Aqua (Water)*, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Cetearyl Alcohol*, Glycerin*, Glyceryl Stearate*, Coco-Caprylate/Caprate*, Glyceryl Stearate Citrate*, Inulin*, Hydroxypropyl StarchPhosphate*, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Fructose*, Xanthan Gum*, Triethyl Citrate*, Caprylyl Glycol, Benzoic Acid, Potassium Hydroxide, Sodium Phytate*, Citric Acid, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Citronellol, HexylCinnamal, Limonene, Linalool *składniki pochodzenia naturalnego 98,2%


Skoncentrowana maska do dłoni i paznokci z kompleksem olejków 40% HAND.lab

Połączona siła olejków z awokado, kokosowego, sojowego, z oliwek oraz z nasion słonecznika chroni skórę przed czynnikami zewnętrznymi i zapobiega wysuszaniu skóry. Dzięki obecności witaminy E i F skóra jest bardziej elastyczna i długotrwale nawilżona. Poprawia się także jej struktura, dzięki czemu wygląda ona młodziej. Jak wszystkie kosmetyki z linii HAND.lab maska jest przetestowana dermatologicznie i pod kontrolą ginekologa, dzięki czemu może być stosowana przez kobiety w ciąży i karmiące. 


Maska jest trzecim krokiem kuracji. Wbrew temu, co początkowo myślałam, nakładamy ją na dłonie na już zaaplikowane serum. Nie spłukujemy! Maska stworzy zabezpieczającą i wygładzającą powłokę, która będzie dodatkowo chroniła i regenerowała skórę na dłoniach. Mimo dodatkowej warstwy ona także szybko się wchłania i nie powoduje uczucia lepkości skóry. Ma delikatny zapach i w zależności od kondycji naskórka możemy ją stosować 1-2 dziennie jako ostatni etap kuracji lub samodzielnie.  

Skład: Aqua (Water)*, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Glycine Soja (Soybean) Oil*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Cetearyl Alcohol*, Glyceryl Stearate Citrate*, Glycerin*, Coco-Caprylate/Caprate*, Persea Gratissima (Avocado) Oil*,Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Glyceryl Linoleate*, Glyceryl Oleate*, Glyceryl Linolenate*, Inulin LaurylCarbamate*, Hydroxypropyl Starch Phosphate*, Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum*, Triethyl Citrate*, Caprylyl Glycol, Benzoic Acid, Potassium Hydroxide, Parfum (Fragrance), Amyl Cinnamal, Benzyl Salicylate, Citronellol, Coumarin, Geraniol, Limonene, Linalool *składniki pochodzenia naturalnego 98,4 %


Kuracja HAND.lab Miya to trio kosmetyków do dłoni, które wzajemnie się uzupełniają, ale mogą być z powodzeniem stosowane także osobno. Efekt na skórze dłoni zauważyłam natychmiast, już przy pierwszym zastosowaniu! Po peelingu wygładzającym moja skóra była bardziej miękka i delikatniejsza. Zauważyłam, że taki "suchy nalot" jaki miałam na wierzchu dłoni zniknął już po pierwszym etapie kuracji. Skóra na dłoniach wizualnie stała się jaśniejsza. Po zastosowaniu na tak przygotowaną skórę serum z prebiotykami poczułam ulgę i ukojenie. Naskórek stał się nawilżony, a ja przestałam odczuwać pieczenie i podrażnienie skóry. Serum wchłania się błyskawicznie, dlatego za chwilę mogłam użyć maski. Powłoka, którą tworzy maska jest już bardziej wyczuwalna, czuć to dodatkowe zabezpieczenie, a mimo to nie zostawiamy tłustych śladów. Maska dodaje też blasku skórze, wizualnie ją wygładza i sprawia, że za każdym razem z przyjemnością patrzę na moje dłonie i efekt całej kuracji HAND.lab. Przy dłuższym stosowaniu kosmetyków zauważam, że skóra jest generalnie lepiej odżywiona i ujędrniona. Rzadziej miewam problemy z jej przesuszaniem się, nawet mimo tego że nadal odkażam dłonie środkami do dezynfekcji i to po kilka razy dziennie! Moje dłonie są miękkie i przyjemne w dotyku, a ja w końcu nie czuję dyskomfortu i mogę cieszyć się piękną skórą. Dodam przy okazji, że zachwycona działaniem kuracji wypróbowałam jej działanie na moich szorstkich łokciach i tutaj także widzę pozytywne efekty ;-) Kurację HAND.lab otrzymałam do testowania w prezencie od marki (serum kupiłam sobie wcześniej, zaraz po premierze w sklepie). Kosmetyki są już dostępne w sprzedaży m.in. na stronie MIYA lub w drogeriach: Hebe, SuperPharm czy Rossman. Znacie kosmetyki HAND.lab marki Miya Cosmetics? W jakiej kondycji jest skóra Waszych dłoni? 

wtorek, 28 kwietnia 2020

Denko kosmetyczne MARZEC 2020, czyli co zużyłam w tym czasie

Denko kosmetyczne MARZEC 2020, czyli co zużyłam w tym czasie
Za oknem trwa pandemia, a ja mimo że jestem w domu prawie przez 90% czasu od 25-go marca nie mogę jakoś zabrać się za pisanie bloga. Tzn. nie mogłam, bo jak widać coś się tutaj rodzi i może to znak, że już wystarczy tego marazmu i tego zawieszenia? Tak trochę tłumacząc moją nieobecność zapraszam Was na marcowe denko, czyli wpis o kosmetykach, które zużyłam w tym miesiącu. Znawcy twierdzą, że takie posty zawierają najbardziej wartościowe recenzje - te produkty bowiem zużyłam do samego dna!
W moim pudełku z opakowaniami znalazło się tym razem 15 pustych kosmetyków, 1 miniaturka, 5 maseczek i 4 próbki. I chyba już zawsze na wstępie będę pisała te "ilości", żeby później w grudniu łatwej móc policzyć całoroczne zestawienie :)
DO CIAŁA
- żel pod prysznic i do kąpieli Konopie Polskie, Nutka - wygrałam w konkursie na Instagramie marki, a że podczas transportu butelka nieco się uszkodziła, to zaczęłam go używać poza kolejnością. Linia "Konopie polskie" Nutka to kosmetyki nawilżające i odżywiające, przeznaczone dla skóry z oznakami zmęczenia i odwodnienia. Żel zgodnie z informacją producenta zawiera ekstrakt z konopi polskich (siewnych), który zawiera m.in. przeciwutleniacze, proteiny i aminokwasy, a także wit. B, C, D i E i związek CBD łagodzący suchość skóry i stany zapalne. Kosmetyk znajduje się w dużej, plastykowej butelce z pompką o pojemności 400 ml. Żel ma kremową, mlecznobiałą formułę i przyjemny, kwiatowy zapach. Delikatnie myje skórę i pozostawia ją odżywioną i nawilżoną. Po prysznicu z jego udziałem nie miałam potrzeby używania balsamu, a skóra była nie tylko czysta, ale też zregenerowana i uspokojona. Bardzo fajny kosmetyk, zwłaszcza dla posiadaczek wrażliwej skóry. Jeśli kiedykolwiek odkopię się z zapasów żeli pod prysznic, to miło będzie wrócić. 
Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Sodium C14-16 Olefin Sulfonate, Acrylates Copolymer, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Cannabis Sativa Seed Extract, Glycerin, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Styrene/Acrylates Copolymer, PEG-150 Pantaerythirityl Tetrastearate, PPG-2 Hydroxyethyl Cocamide, Tocopherol, Triethanoloamine, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Benzoic Acid, Citric Acid, Parfum, Limonene, Linalool.

- żel pod prysznic Floral Embrace, Oriflame - miał śliczny, kwiatowy, słodki zapach i lekko różowy kolor. Dobrze się pienił i nie wysuszał skóry. Generalnie fajny żel i chętnie bym do niego wróciła kiedyś.

- mydło do rąk Aloe Vera & Tea Tree, Faith in Nature - mydło, które kupiłam w TK MAXXX, bo bardzo zaintrygował mnie jego zapach. Czuć mocno i wyraziście nuty olejku z drzewa herbacianego i co okazało się wręcz genialne - zapach jest bardzo intensywny i skutecznie usuwał z dłoni wszelkie kuchenne smrody, jak zapach cebuli, czosnku itp. I z tego to powodu mydło to trafiło u mnie na kuchenny zlewozmywak. Kosmetyk jest wegański, w większości ma składniki pochodzenia naturalnego, nie zawiera SLS i parabenów. Dzięki zawartości olejku z drzewa herbacianego ma działanie antybakteryjne. Zaczęłam go częściej używać w momencie startu pandemii i wtedy niestety okazało się, że wysusza mi dłonie. Jednak do okazyjnego używania było super. 
Skład: Aqua, Ammonium laureth sulfate, Maris sal (Sea salt), Aloe barbadensis leaf juice, Polysorbate 20, Melaleuca alternifolia (tea tree) leaf oil, Cananga odorata flower oil, Pogostemon cablin oil, Cocamidopropyl betaine, Potassium sorbate, Sodium benzoate, Citric acid, CI 75810, Limonene

- mydło do rąk Milk and Honey, Oriflame - nie wysuszało dłoni, miało przyjemną konsystencję, dobrze się pieniło no i ten miodowy zapach <3 Lubię kremy do ciała w tej samej serii zapachowej Oriflame, nic więc dziwnego że i ten produkt przypadł mi do gustu. Opakowanie jest nieco mniejsze niż innych kosmetyków tego typu, bo ma tylko 300 ml, ale dzięki temu z powodzeniem mieści się na umywalce. Jeśli jesteście fankami zapachów miodowych, to z pewnością będziecie zachwycone jak ja!
- mydło do rąk Apple & Cinnamon, Cien - kolejne mydło w płynie, tym razem jedna z wersji tegorocznej "kolekcji" świątecznej z Lidla. Kosmetyk miał kolor zielony i był dość gęsty w konsystencji. Dobrze się pienił i usuwał wszelkie zabrudzenia, jednak przy częstszym stosowaniu trochę wysuszał mi dłonie. Opakowanie z pompką było bardzo wygodne w użyciu, a pojemność aż 500 ml spowodowała, że już dawno zapomniałam o Bożym Narodzeniu, a zapach mydła dalej mi o nim przypominał! Dla mnie to taki popularny "zwyklaczek" za kilka złoty i lubię czasami po takie sięgać.  

- naturalne mydło w płynie (refil) Werbena, Yope - opakowanie uzupełniające mydła do rąk, którego chyba już nikomu nie trzeba przedstawiać? ;) Piękny, cytruskowy zapach werbeny, delikatne w działaniu. Nie ukrywam, że lubię do niego wracać co jakiś czas, choć wielka butla mieści mi się jedynie w kuchni. Po kilku wysuszających wersjach mydeł muszę przyznać, że ten kosmetyk jest jak opatrunek dla dłoni! Większość składników pochodzenia naturalnego oraz o niskim stopniu przetworzenia. Jestem bardzo na TAK! <3

- dezodorant w kremie NEO, Garnier - moje kolejne opakowanie dezodorantu w kremie, które bardzo lubię. Mimo jego kilku wad, o których pisałam w poście Przegląd antyperspirantów jest to nadal jeden z moich ulubieńców jeśli chodzi o skuteczność działania, a przy tym ochronę skóry. Minusem jest niestety duża trudność w wyciśnięciu kosmetyku pod koniec opakowania, ale już się trochę przyzwyczaiłam. No i mam kolejną wersję zapachową aktualnie w użyciu ;)

- intensywnie nawilżający krem do rąk z mleczkiem pszczelim Avon Care, Avon - miał niewielka pojemność bo zaledwie 30 ml, no i znów ten miodowy zapach ;) Dobrze radził sobie z wysuszoną skórą na dłoniach i był świetny do noszenia w torebce. Mam jeszcze dwie takie miniaturki z kompletu w zapasie.
- pianka do dłoni Cake Pop, Balea - bajerancka pianka, którą po wyciśnięciu na skórę dłoni należało w nie wmasować. Wbrew pozorom dawała lekkie nawilżenie, jednak gdy moja skóra stała się bardziej przesuszona to nawilżenie to nie było już wystarczające. Zapach świetny - słodki, coś jak pianki mashmallow. Sama pianka była bardzo gęsta i wydajna. Nie wiem jak produkt ten sprawdziłby się w damskiej torebce, bałam się ryzyka "wybuchu" pianki i używałam go tylko w domu. Mimo, że sam w sobie kosmetyk był intrygujący, to jednak nie planuję wracać do takich form kremów do rąk ;)
- krem do rąk Marvelous Berries, Yves Rocher - pochodził z zeszłorocznej świątecznej "kolekcji" marki. Miał przyjemny zapach owoców leśnych. Zgodnie z informacją na opakowaniu krem zawierał masło karite, olejek makadamia, wyciąg z żurawiny oraz wodę z bławatków. Ponad 97% składników tego kosmetyku jest pochodzenia naturalnego. Nie znajdziemy tu w składzie olejów mineralnych, czy parabenów. Krem szybko się wchłaniał i nawilżał dłonie, nawet te przesuszone. Bardzo byłam z niego zadowolona i żałuję, że była to wersja limitowana.

- peeling guma Lizak Tęczowy, Dushka - świetny zdzierak o fajnym wyglądzie i ciekawej konsystencji. Wyciągany z opakowania potrafił "ciągnąć się" jak guma! Jego recenzję znajdziecie w poście Kosmetyki z serii Lizak Tęczowy Dushka, a ja chętnie wrócę kiedyś do tego produktu, choć na razie dziwnym trafem mam całkiem spore zapasy peelingów do ciała! 

- płyn do higieny intymnej FRESH, Lactacyd - jeśli obserwujecie mnie już jakiś czas, to doskonale wiecie, że do higieny intymnej najczęściej używam produktów marki Lactacyd lub Tess. Wersja Fresh zapewnia długotrwałą świeżość i lubię po nią sięgać od wiosny do jesieni. Kosmetyk jest delikatny dla skóry, dobrze się pieni. Jak dla mnie mogliby wprowadzić opakowania uzupełniające, bo o ile butelka z pompką jest super rozwiązaniem, o tyle boli mnie ilość takich butelek, jaka się produkuje (a tu plastykowa butelka + pompka jeszcze). 
DO TWARZY I MASECZKI
- serum Mineral 89, Vichy - ojjj jak mi jest smutno, że ten kosmetyk już mi się skończył! Był po prostu CUDOWNY i jestem przekonana, że jeśli tylko znajdę super promocję to z przyjemnością kupię sobie kolejne opakowanie! (aktualnie w SuperPharm za niecałe 69 zł hmmmm :D). Więcej na temat tego kosmetyku możecie przeczytać w recenzji Serum Mineral 89 oraz kremy Neovadiol Vichy. I co tu dużo gadać - no super było no! :)

- peeling do twarzy z ogórkiem Love Nature, Oriflame - ostatni z trio produktów o których więcej pisałam w recenzji Serie Love Nature (...), Oriflame. Skutecznie usuwał ze skóry stary naskórek i sprawiał, że była ona bardziej miękka i gładka. To wszystko dzięki maleńkim drobinom peelingującym. Mimo niewielkiego opakowania służył mi dość długo, głównie w kosmetyczce podróżnej. 

- miniatura kremu na noc Perfect Skin, Avon - kiedyś moja ulubiona seria i nadal bardzo podoba mi się jej zapach, jednak krem na noc był już dla mnie zbyt słabo odżywczy. Albo przyzwyczaiłam się już do bardziej bogatych i otulających formuł w kosmetykach na noc. W każdym razie miło było przypomnieć sobie stare dawne chwile (zapachowe!), ale nie planuję pełnego opakowania.
- krem M Perfect Cover BB Cream, Missha - dostałam go w prezencie i bardzo byłam ciekawa czemu tak chwali go połowa blogerek beauty. Teraz już wiem :D Jest dość mocno kryjący jak na krem BB, ale dla mnie jest to akurat jego zaletą. Bardzo dobrze nawilża i ujędrnia skórę i sprawia, że wygląda ona na zdrowszą i ładniejszą. Zapewnia dobre i trwałe krycie - używałam go jako podkładu i z powodzeniem wytrzymywał bez poprawek od świtu do zmroku! Zgodnie z informacją na opakowaniu krem zawiera ekstrakt z rumianku, kwas hialuronowy oraz gatulinę RC. Ta ostatnia ma zapewnić ujędrnienie skóry. Kosmetyk chroni przed promieniowaniem UV, posiada SPF42 / PA+++. Mój krem BB był częścią zestawu i miał pojemność 20 ml. Wiem, że kosmetyki te bywają także w większych opakowaniach, 50 ml. Do pokrycia twarzy wystarczyła bardzo niewielka ilość kosmetyku, dlatego był on bardzo wydajny (używałam go od września codziennie!). Miałam kolor NO. 23 i ten odcień okazał się być dla mnie idealny. Idealnie stapia się ze skórą, świetnie maskuje wszelkie niedoskonałości i cienie, a przy tym nawilża skórę i zupełnie go nie czuć! Jak już wspominałam swoim kryciem konkuruje z podkładami, jednak makijaż z jego użyciem jest jakby bardziej naturalny i lżejszy. Zupełnie mnie już nie dziwi ten zachwyt dziewczyn nad tym kosmetykiem, bo rzeczywiście jest świetny! Nie wiem czy będę umiała wrócić po nim do używania "zwykłych" podkładów :) Jego minusem jest niestety cena, poluję więc na promocję. 
- maska Face Wrapping Mask Collagen solution 80, Berrisom - wygrałam w konkursie marki Shibushi na Instagramie. Esencja, którą nasączony jest płat maski zawiera - zgodnie z informacją na opakowaniu - wyciąg z kolagenu morskiego, portulaki pospolitej, anyżu, hialuronian sodu oraz Centella Asiatica. Przyznaję, że jak przeczytałam o tym anyżu to trochę się obawiałam, bo nie znoszę jego zapachu. Ale spokojnie! Maska miała delikatny i bardzo przyjemny zapach ;) We wnętrzu opakowania znajduje się bardzo mocno nasączona płachta, która składa się z dwóch części - na górną i dolną partię twarzy. Sama płachta jest dwustronna, po zewnętrznej stronie jest złota, a od środka mięciutka, co znacznie ułatwia jej nałożenie. Z tego też powodu maska jest komfortowa w aplikacji. Esencji jest sporo, to co pozostało w opakowaniu wtarłam w szyję, dekolt i wierzch dłoni.Maskę powinno się aplikować na około 20 min, ja trzymałam trochę dłużej, bo tak przyjemnie była nawodniona. Po zdjęciu płachty dalej była ona mokra! Skóra po użyciu maski była bardzo fajnie nawodniona i zrelaksowana. Kształt płachty umożliwił mi dosunięcie jej wysoko pod oczy, dzięki czemu w końcu dobrze nawilżona została moja skóra w tym miejscu. Po wyschnięciu pozostałości maski skóra delikatnie się lepiła, ale po krótkim masażu wszystko ładnie się wchłonęło.

- różne maseczki w saszetkach, Balea - zużyłam trochę maseczek marki Balea, jednak nic Wam o nich jeszcze nie opowiem, bowiem przygotowuję wielki wpis na ich temat, taki zbiorczy :D Folder z minirecenzjami nazwałam sobie "BIG Projekt", bo trochę tego się nazbierało... 

PRÓBKI
Wśród próbek tym razem dominują produkty do włosów, które w większości sprawdziły się u mnie bardzo dobrze. Maska mango Balea pachniała przepięknie, choć moje włosy lubią mocniejsze odżywienie. Być może latem byłaby bardziej dla nich odpowiednia. Maska Winogrona i Keratyna marki ANWEN jak zawsze cudo! Moje włosy kochają produkty tej marki i nie potrafię powiedzieć, które najbardziej. Ostatnie dwie próbki, to szampon i odżywka włoskiej marki Stylish is Professional, o których więcej pisałam we wpisie Kosmetyczny boks z drogerii Vica.

Jak widać wyraźnie na podstawie moich zużyć marzec upłynął mi na intensywnej higienie i pielęgnacji dłoni, co w moim przypadku dotychczas nie miało miejsca w aż takiej intensywności. Zdenkowałam też dwa naprawdę świetne kosmetyki - serum Mineral 89 Vichy oraz krem BB Mishha - do których już tęsknię :) Jak tam Wasze kosmetyczna zużycia? Co ciekawego możecie polecić mi z kosmetycznych odkryć, jakich dokonałyście w ostatnim czasie? 

sobota, 2 lutego 2019

Recenzja: lakier Dreamy Lilies Mistero Milano + stylizacja

Recenzja: lakier Dreamy Lilies Mistero Milano + stylizacja
Dzisiejszy post będzie totalnie wyjątkowy, bo jeszcze nigdy dotąd na moim blogu nie poruszałam tematyki lakierów i zdobienia paznokci. Owszem pojawiały się malutkie recenzje przy okazji różnych wpisów, ale taki wątek nie był do tej pory głównym. Usiądźcie więc wygodnie i pozwólcie, że zaprezentuję Wam lakier z kolekcji Mistero Milano wraz ze stylizacją wykonaną z jego udziałem. 
Jak już wspominałam, na moim blogu jak dotąd nie była poruszana tematyka paznokciowa. Owszem pojawiały się pojedyncze wzmianki, czy to o lakierach do paznokci (np. TUTAJ), czy o produktach do pielęgnacji paznokci (np. TUTAJ). Ba! Był nawet post o tym jak dbać o lakiery do paznokci, pamiętacie? (LINK). Jednakże nie było dotąd posta tylko o samym lakierze lub tym bardziej o zdobieniu. Bo i nie było w sumie o czym pisać ;-) Do tej pory bowiem malowałam sobie paznokcie sama i zdecydowanie nie czułam się (i nie czuję dalej) kompetentną w tym temacie!^^. Jednakże od około dwóch miesięcy noszę paznokcie hybrydowe i to o lakierach hybrydowych właśnie będzie dzisiejszy post. I nie, nie - w tematyce hybryd także nie czuję się ekspertem. Moje paznokcie wykonała wykwalifikowana kosmetyczka z salonu Beauty Boutique we Wrocławiu. Postaram się Wam jednak opowiedzieć co nie co zarówno o samym lakierze, jak i zdobieniu, które z jego pomocą wykonała mi pani Ania. 
Lakier hybrydowy Dream Lilies o numerze 1058 Mistero Milano pochodzi z kolekcji wiosna 2018 i otrzymałam go podczas targów fryzjersko-kosmetycznych LOOK & beautyVISION na których byłam w Poznaniu prawie rok temu. Wśród upominków od partnerów odbywającego się wówczas Blog Beauty Day (RELACJA LINK) otrzymałam m.in. zestaw startowy Mistero Milano zawierający dwa lakiery z kolekcji wiosna - wspomniany już Dreamy Lilies oraz Coral Rose, a także elastyczną bazę Flexi. Cała ówczesna kolekcja stanowiła osiem kolorów lakierów, które zostały stworzone przez instruktorki Mistero Milano International Academy. 
Dream Lilies przypomina swoją barwą kolor "szary gołębi", choć jak się okazało potrafi przyjmować różne kolory w zależności od światła, czy koloru skóry palców. Jest to odcień raczej zimny, choć i to okazało się nie do końca oczywiste. Butelka zawiera 6 ml lakieru, którego termin przydatności upływa po 12 miesiącach od otwarcia. 
Na początek pani Ania z salonu Beauty Boutique przygotowała moje paznokcie. Zdjęła mi poprzednie hybrydy (będziecie mogli je zobaczyć w styczniowym haul'u już niebawem) oraz wyrównała i skróciła mi paznokcie. Ponieważ jeden z nich złamał mi się kilka dni przed wizytą, kosmetyczka przedłużyła mi go za pomocą akryżelu. Ja niestety mam tendencję do tego, że paznokcie pękają mi u samej podstawy i wtedy jest to dla mnie jedyne wyjście, aby mieć je wszystkie wyrównane. Następnie po opracowaniu skórek i położeniu bazy na wszystkie paznokcie zostały nałożone dwie warstwy lakieru Dreamy Lilies Mistero Milano. 
Jak możecie zobaczyć na powyższym zdjęciu kolor na paznokciach wyglądał prawie na biały, z kremowymi nutami. Oczywiście aparat także przekłamuje trochę kolorystykę, jednak zaskoczyło mnie, że nie jest to wcale taki typowy "szary" jak się raczej spodziewałam. Na paznokcie postanowiłyśmy nałożyć różowy żel, aby uzyskać efekt ombre. Możecie tutaj zobaczyć paletkę pani Ani, która mi osobiście kojarzy mi się z paletą malarza! ;-) Już samo ombre wyglądało przepięknie, a tutaj jeszcze dodatkowo zdecydowałyśmy się na nałożenie matowego topu, tak aby cała stylizacja miała bardziej satynowy efekt. Chyba nie muszę wspominać, że nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z matującym topem? Wiecie o tym, że pod wpływem światła lampy ma się wrażenie, jakby ściągał się on i kurczył paznokcie? Strasznie dziwne uczucie! 
Na sam koniec pani Ania namalowała mi białym lakierem zdobienia na obu palcach serdecznych. Serduszko - na prawej dłoni oraz różyczkę na lewej. Muszę przyznać, że efekt samą mnie zaskoczył! Paznokcie wyglądają, jakby były zmrożone i osobiście kojarzą mi się z landrynkami posypanymi białym pudrem ;-) 
Okazało się też, że w zależności od światła, a nawet koloru mojej skóry (który zmieniał się w zależności np od temperatury powietrza) cała stylizacja przybiera różne tony raz stając się bardziej "lodową", a raz bardziej "ciepłą". Jak Wam się podoba? 
Sam lakier Dreamy Lilies Mistero Milano według oceny pani stylistki sprawował się całkiem przyzwoicie i dla dokładnego pokrycia kolorem płytki paznokciowej wystarczyły dwie warstwy. Oczywiście jak każdy lakier hybrydowy nie odpryskuje on od płytki i nic się z nim nie dzieje. Taką stylizację można nosić nawet do 4-6 tygodni i jedynie coraz większy odrost pokazuje, że czas już go zdjąć. Żeby zdjąć lakier hybrydowy warto jednak umówić się do salonu kosmetycznego, bo to właśnie poprzez nieumiejętne usuwanie pozostałości manicure można sobie zniszczyć paznokcie. A jak to jest z Wami? Lubicie hybrydy, czy pozostajecie przy "zwykłych lakierach"? Robicie sobie paznokcie samodzielnie, czy korzystacie z usług salonów? Znacie lakiery Mistero Milano? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

niedziela, 17 grudnia 2017

Dłonie i stopy zimą - pielęgnacja na chłodne dni

Dłonie i stopy zimą - pielęgnacja na chłodne dni
Zimą moja skóra bardzo się wysusza, co najbardziej dotkliwie odczuwam na dłoniach i stopach. Zużywam wtedy całoroczne zapasy produktów do pielęgnacji tych części ciała, bo przyznaję, że w pozostałych porach roku używam ich raczej sporadycznie. Mam to szczęście, że poza zimą nie mam problemów z przesuszającą się skórą dłoni, czy stóp, dlatego produkty po które sięgam to zazwyczaj "zwyklaki". Jeśli jesteście ciekawi moich aktualnych faworytów, to zapraszam do dalszej części posta. 
Dzisiejszy przegląd rozpocznę od jednego z najnowszych kosmetyków. Jest nim nawilżający krem do rąk ze świątecznej serii Yver Rocher. Wybrałam zapach owoców leśnych, który zauroczył mnie swoim słodkim aromatem. W świątecznej serii jest też wersja o nutach waniliowych. Krem Yves Rocher zamknięty jest w poręcznej tubce o pojemności 75 ml z wizerunkiem jelenia. Kolorystyka i szata graficzna opakowania kojarzą się ze świętami Bożego Narodzenia. Sam krem ma białą konsystencję i jest dość lekki. Bardzo szybko wchłania się w skórę i nie pozostawia na niej tłustego filtru. Skóra jest natychmiast nawilżona i wygładzona, a zapach kosmetyku pozostaje na niej dość długi czas. Krem można kupić w sklepach stacjonarnych Yves Rocher, jak i na ich stronie internetowej. I mimo, że nie narzekam na braki w kosmetykach do dłoni, to skusiłam się na ten produkt ;-) 
Regenerująco-odżywczy krem do rąk Treasures of the Desert Planet Spa z firmy Avon miałam podarować komuś w prezencie, ale po przetestowaniu go totalnie się w nim zakochałam i już go nikomu nie oddam! Ten niepozorny kremik zawiera marokański olejek arganowy i ma prześliczny zapach. Niestety kompletnie nie umiem nazwać tego zapachu, choć podobno są w nim między innymi nuty jaśminu. Tubka jest malutka, ma zaledwie 30 ml, ale za to zmieści się do każdej damskiej torebki. Sam krem bardzo dobrze odżywia skórę dłoni. Na długi czas pozostaje ona wygładzona i miękka. Krem bardzo szybko się wchłania, co jest dla mnie ogromną zaletą. Nie pozostawia także na skórze tłustego filmu, chociaż czuć, że dłonie są dobrze nawilżone.  
Krem do rąk Balea kupiłam z myślą o mojej mamie, która lubi mieć zawsze ten kosmetyk przy sobie. Teraz trochę żałuję, że nie wzięłam dwóch, ale myślę że poczekam cierpliwie na moją kolejkę ;-) Krem ma prześliczne opakowanie w kolorze fuksji z barwnymi kwiatami i różowym flamingiem. Pachnie egzotycznymi owocami z nutką kokosa - no po prostu żar tropików! Krem dobrze nawilża dłonie, które po jego użyciu pięknie pachną i są wygładzone i miękkie. Zapach nie utrzymuje się zbyt długo, ale jest miły i dzięki niemu przyjemnie używa się ten krem. Opakowanie ma 100 ml, a sam produkt kupiłam w drogerii DM podczas wycieczki do Pragi.
Drugi z kremów Balea otrzymałam w świątecznej przesyłce od koleżanki z Dress Cloud, Bożenki. Pochodzi on z najnowszej linii tej firmy z wizerunkiem wróżki - Fairy Dust. Jak wszystkie produkty Balea krem na prześliczne opakowanie. Pachnie także wspaniale, jak guma balonowa albo landrynki - zapach jest słodki i bardzo dziewczęcy. Dłonie po użyciu tego kremu są wyraźnie zmiękczone i nawilżone. Krem dobrze się wchłania i nie pozostawia tłustej powłoki na skórze. Produkt jest testowany dermatologicznie i jest odpowiedni dla wegan. Bardzo żałuję, że kosmetyki tej firmy nie są dostępne w Polsce, bo pewnie kupiłabym całą serię Fairy Dust (i mnóstwo innych serii tej firmy... ^^).
Jeśli chodzi o pielęgnację stóp to moim faworytem jest nawilżający płyn do kąpieli stóp z linii foot works firmy Avon, który PACHNIE CIASTECZKAMI!  Wyobraźcie sobie, że po długim, ciężkim dniu moczycie swoje stópki w gorącej wodzie o zapachu petit beurre... Zapewniam, że doznania i wrażenia są mega pyszne! ;-) Płyn do kąpieli sprawia, że skóra staje się dobrze nawilżona, zmiękcza też drobne zrogowacenia. Ma kremową konsystencję i dobrze rozpuszcza się w wodzie, której nadaje lekko mleczny kolor. Zazwyczaj używam go wieczorem, a po nałożeniu kremu rano mam mięciutkie stópki. Niestety ta linia produktów do stóp nie pojawia się ostatnio w katalogach Avon, dlatego zużywam resztki zapasów i będę musiała poszukać nowego faworyta.
Drugim ulubieńcem jest krem na pękające pięty także z Avonu (Heel Softening Cream), tutaj akurat w wersji z kwiatkiem. Mimo nazwy używam go na całą skórę stóp i muszę przyznać, że krem bardzo szybko i dobrze nawilża stopy i sprawia, że skóra na nich staje się miękka i gładka. Krem ma białą konsystencję i nie posiada zapachu. Opakowanie zawiera 75 ml produktu, a sam kosmetyk można nabyć u konsultantki Avon lub na stronie firmy za symboliczną cenę 7-9 złoty. Krem jest dość wydajny i niewielka ilość wystarcza na nałożenie na stopy dość grubej warstwy. 
Mimo, że ogólnie nie przepadam za zapachem lawendy, to nie unikam kosmetyków o takim aromacie, bo uspakaja mnie on i wycisza. Krem Beaute des Pieds z firmy Yves Rocher to jeden z nielicznych przedstawicieli produktów o tej woni, po jakie sięgam. Poza intensywnym, ale ładnym zapachem lawendy, krem doskonale nawilża skórę stóp i łagodzi zrogowacenia naskórka. Ma białą, treściwą konsystencję. Dobrze się wchłania, chociaż pozostawia na skórze delikatny filtr. Tubka jest niewielka, ale dzięki dużej wydajności wystarcza na dość długi czas. Z uwagi na zapach zazwyczaj stosuję go na noc. 


Przestawiłam Wam dzisiaj kosmetyki, które pomagają mi w walce z przesuszająca się zimą skórą dłoni i stóp. To własnie w tym okresie czasu nie wyobrażam sobie, abym nie używała na co dzień tych produktów, mimo że w pozostałych miesiącach nie odczuwam problemów z suchą skórą. Znacie lub używaliście produktów z mojej listy? A może macie innych faworytów godnych polecenia? Podzielcie się koniecznie opiniami w komentarzach ;-)   


Moje posty biorące udział w wyzwaniu "Piękna przed Świętami":
- Pielęgnacja twarzy i ust - LINK
- Pielęgnacja ciała - LINK 
- Zimowa pielęgnacja włosów - LINK
Copyright © Nostami blog , Blogger