Pokazywanie postów oznaczonych etykietą testowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą testowanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lutego 2022

Recenzja: kosmetyki serii Mineral 89 Vichy

Recenzja: kosmetyki serii Mineral 89 Vichy

Nie będę nawet przyznawać się jak dawno temu otrzymałam do testowania kosmetyki z serii Mineral 89 Vichy w ramach Klubu Recenzentki Wizaż. Zwyczajnie zapomniałam dodać ich recenzję na bloga! Ponieważ jednak kosmetyki są świetne i warte Waszej uwagi pozwolę sobie nadrobić tą zaległość. Zapraszam po moje wrażenia z używania żelu pod oczy, maski w płachcie i oczywiście boostera-serum Mineral 89. 

Głównym składnikiem aktywnym wszystkich kosmetyków marki Vichy jest woda termalna, której źródło znajduje się w wulkanicznym regionie Francji, w Owernii. Woda ta zawiera wiele minerałów niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania skóry. Jest odpowiednia dla każdego typu skóry, także tej wrażliwej. Wzmacnia ją i regeneruje. Produkty linii Mineral 89 obok wody wulkanicznej mają w swoim składzie kwas hialuronowy, który nawilża i wygładza skórę. W serii znajdują się obecnie cztery kosmetyki: maska wzmacniająco-regenerująca w płachcie, krem i serum pod oczy, booster wzmacniająco-nawilżający oraz serium prebiotyczne (którego nie miałam okazji testować). 

Maska wzmacniająco-regenerująca w płachcie Mineral 89, Vichy

Zgodnie z informacją producenta maska ma wzmacniać barierę ochronną skóry i chronić ją przed szkodliwym działaniem czynników środowiska. Esencja w której składzie znajduje się woda wulkaniczna Vichy i kwas hialuronowy naturalnego pochodzenia nawilża i ujędrnia skórę oraz wygładza drobne zmarszczki. Co ja o niej sądzę? 

Ta maska to był prawdziwy SZTOS i jedynie jej wysoka cena odstrasza mnie od kupowania jej codziennie  W opakowaniu znajdowała się płachta i saszetka z esencją. Przed aplikacją należało przecisnąć esencję do komory z płachtą i ją nasączyć. Spodziewałam się, że będzie to skomplikowane, ale okazało się, że nie. Maska miała bardzo dobrze nasączoną esencją płachtę, która była z cienkiego materiału, łatwo dopasowującego się do kształtu twarzy. Alginianowa płachta była miękka, dobrze przylegała do skóry i przez cały czas aplikacji była mokra. Od razu po nałożeniu czułam na skórze przyjemne nawilżenia i schłodzenie skóry. Znacznie przedłużyłam długość aplikacji ponad zalecane 10 min, bo tak komfortowe było to uczucie. Po zdjęciu maski i wyschnięciu resztek esencji skóra była mocno nawilżona, wyraźnie gładsza w dotyku i miała ładniejszy koloryt. Poziom nawilżenia był znacznie większy niż w przypadku masek tego typu wielu innych marek. Rzadko mi się to zdarza, ale zostawiłam skórę po aplikacji maski bez kremu i to aż do kolejnego poranka (maskę stosowałam pod wieczór)! Skóra przez cały czas była odżywiona, nawodniona i nie czułam jej przesuszenia, nawet w partiach, które zazwyczaj mam suche. NO PO PROSTU CUDO! Wady: problem z dostępnością i wysoka cena 

Skład: Aqua / Water / Eau, Glycerin, Propanediol, Peg/ppg/polybutylene Glycol 8/5/3 Glycerin, Methyl Gluceth 20, Carbomer, Sodium Hyaluronate, Citric Acid, Hydroxyacetophenone, Biosaccharide Gum 1, Maltodextrin

Mineral 89 booster wzmacniający skórę wokół oczu (krem i serum pod oczy), Vichy

Bardzo lekki krem pod oczy o żelowej konsystencji. Ma opakowanie z pompką, która ułatwia dozowanie i zabezpiecza produkt przed dostawaniem się do środka bakterii. Formuła to połączenie wody wulkanicznej Vichy, kwasu hialuronowego oraz kofeiny, która ma właściwości obkurczające naczynia krwionośne. Takie połączenie składników ma zapewnić naszej skórze nawilżenie i wzmocnienie delikatnej skóry wokół oczu oraz wygładzenie drobnych zmarszczek i cieni pod oczami. Jak było u mnie? 

Przede wszystkim booster do skóry wokół oczu Mineral 89 to jeden z naprawdę niewielu kosmetyków pod oczy, który mnie nigdy nie podrażnił, nie spowodował szczypania, ani nawet malutkiego zaczerwienienia. Konsystencja lekkiego lotionu bardzo mi odpowiada, ponieważ bardzo szybko się wchłania - co ma duże znaczenie, zwłaszcza rano gdy każda minuta jest cenna. Do tej pory miałam problem z używaniem kosmetyków na okolice oczu, głównie z powodu licznych podrażnień oraz czasu wchłaniania. Mineral 89 pod tym względem odpowiada mi w 100%! Nie posiada zapachu, a skóra jest po nim dobrze nawilżona i lekko rozjaśniona. Mimo, że nie sypiam ostatnio zbyt dobrze, to moja skóra pod oczami jest w znacznie lepszej kondycji, a drobne zmarszczki wydają się mniejsze. 

Skład: Aqua/Water, Propanediol, Butyrospermum Parkii Butter/Shea Butter, Glycerin, Carbomer, Caffeine, Sodium Hyaluronate, Adenosine, Phenoxyethanol, Chlorella Vulgaris Extract, Citric Acid, Caprylyl Glycol, Biosaccharide Gum-1

Booster wzmacniająco-nawilżający Mineral 89, Vichy

Ponad dwa lata temu miałam przyjemność po raz pierwszy używać booster Mineral 89 Vichy i... moje zdanie odnośnie tego kosmetyku wcale się nie zmieniło! Obszerną recenzję znajdziecie na moim blogu LINK. Ja dodam jedynie, że przetestowałam booster zarówno w temperaturach upalnych, jak i zimowych. Kosmetyk jest ultradelikatny i stosowany nawet na podrażnioną skórę koi ją i uspokaja. Często używam go jako pierwszy etap, pod krem lub olejek. Samodzielnie lepiej sprawdza mi się w cieplejszych miesiącach. 

Skład: Skład: Aqua / Water, PEG/PPG/Polybutylene Glycol-8/5/3 Glycerin, Glycerin, Butylene Glycol, Methyl Gluceth-20, Carbomer, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Biosaccharide Gum-1


Produkty Mineral 89 Vichy bardzo dobrze wpłynęły na wzmocnienie mojej skóry. Polubiłam ich lekkie formuły, uczucie orzeźwienia i długotrwałego nawilżenia skóry. Są bardzo delikatne i bezwonne, dlatego nawet osoby z wrażliwą cerą powinny być zadowolone z ich działania. Kusi mnie bardzo prebiotyczne serum z tej linii. Może kiedyś?... ;-) Znacie kosmetyki Mineral 89 marki Vichy?  





sobota, 28 marca 2020

Recenzja: kosmetyki z serii Normaderm Phytosolution Vichy

Recenzja: kosmetyki z serii Normaderm Phytosolution Vichy
Pod koniec grudnia 2019 roku w ramach Klubu Recenzentki Wizaż dostałam do przetestowania zestaw dwóch produktów do cery z niedoskonałościami Vichy Normaderm. Bardzo się ucieszyłam, ponieważ kosmetyki tej marki jak dotąd świetnie się u mnie sprawdzały, no i moja walka z trądzikiem trwa już naprawdę wiele lat. Jeśli jesteście ciekawi, jak testowane produkty sprawdziły się u mnie po prawie trzech miesiącach używania, to zapraszam do dalszej części wpisu. 
W paczce od portalu wizaz.pl znajdowały się żel oczyszczający Intensive Purifying Gel oraz emulsja Double Correction Daily Care oba z linii Normaderm Phytosolution Vichy. Seria ta składa się z kosmetyków przeznaczonych do walki z sześcioma oznakami niedoskonałości skóry - wypryskami, zaczerwienieniami, rozszerzonymi porami, błyszczeniem, ziemistym kolorem cery i śladami po niedoskonałościach. Oprócz testowanych przeze mnie produktów w gamie Normaderm znajduje się także tonik oczyszczający oraz nawilżający krem do skóry trądzikowej dla dorosłych. Moja cera jest typowo mieszana: tłusta w strefie T i bardziej sucha na policzkach. Ma ona dużą skłonność do powstawania wyprysków i nieco mniejszą do zaskórników. Miejscami pory są większe, a skóra błyszczy się na czole i brodzie. Mam też wiele śladów po dawnych niedoskonałościach. Można więc powiedzieć, że to duet idealny do testowania przeze mnie! :)
Normaderm Phytosolution Intensive Purifying Gel, Vichy
 Żel oczyszczający przeznaczony do cery tłustej i mieszanej ze skłonnością do trądziku zgodnie z informacją producenta w składzie zawiera m.in. minerały i ekstrakt probiotyczny, dzięki którym doskonale usuwa zanieczyszczenia. Żel ma przeźroczysty kolor i jest dość gęsty. Mimo swojego działania antybakteryjnego nie wysusza skóry i nie powoduje uczucia ściągnięcia, czy napięcia naskórka nawet przy codziennym stosowaniu. Kosmetyk dobrze się pieni i z łatwością usuwa kurz, sebum czy makijaż. Żel ma lekko miętowy, świeży zapach. Pozostawia skórę z uczuciem odświeżenia i dobrego oczyszczenia. Opakowanie posiada pompkę co jest bardzo wygodnym rozwiązaniem. Niecała jedna dawka wystarcza z powodzeniem do wymycia całej twarzy. Butelka ma pojemność 200 ml i mimo, że używam tego produktu od trzech miesięcy dwa razy dziennie, to myślę, że wystarczy mi jeszcze na co najmniej 2 tygodnie.

Skład: Aqua /Water, Coco, Betaine, Propanediol, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate, Sodium Chloride, Sodium Cocoyl Glycinate, Dipropylene Glycol, Zinc Gluconate, Salicylic Acid, Bifida Ferment Lysate, Sodium Hydroxide, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, Copper Gluconate, Caprylyl Glycol, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Parfum / Fragrance

Normaderm Phytosolution Double Correction Daily Care, Vichy
Emulsja do pielęgnacji skóry na dzień zgodnie z informacją na opakowaniu jest wzbogacona o 2% kwas salicylowy i kwas hialuronowy. Dzięki tym składnikom ma skutecznie redukować niedoskonałości skóry, a przy tym ją nawilżać i regenerować. Bałam się, że mimo deklaracji producenta kosmetyk ten jednak będzie wysuszał moją skórę w miejscach gdzie jest ona mniej tłusta. Nic takiego jednak nie miało miejsca!  Krem jest bardzo lekki i świetnie nadaje się pod makijaż. Ma płynną konsystencję i odświeżający zapach. Na skórze pozostawia uczucie nawilżenia i odświeżenia skóry. Twarz jest zadbana, ale nie świeci się. Emulsja jest bardzo wydajna, a dzięki buteleczce (szklanej!) z pompką możemy dozować odpowiednią ilość kosmetyku. Zdarzyło mi się niejednokrotnie stosować emulsję na skórze dekoltu i tutaj także nie wystąpiły żadnego rodzaju podrażnienia. Mimo obecności kwasu salicylowego wysoko w składzie dla mojej cery ten kosmetyk okazał się być idealnie skomponowany. 

Skład: Aqua (Water), Glycerin, Salicylic Acid, Isononyl Isononanoate, Butylene Glycol, Kaolin, Zinc sulfate, Bifida Ferment Lysate, Sodium Hydroxide, Sodium Polyacrylate, Sodium Hyaluronate, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, Ascorbyl Glucoside, Caprylyl Glycol, Hydrolyzed Algin, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Biosaccharide Gum-1,acrylates/c10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Parfum (Fragrance)

Podsumowując moją przygodę z testowaniem kosmetyków z serii Normaderm Phytosolutions Vichy jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Obawiałam się stosować produktów do cery trądzikowej na mojej mieszanej skórze, jednak wbrew moim czarnym wizjom ani żel ani emulsja nie przesuszyły mojej skóry mimo długiego i regularnego stosowania. Muszę także przyznać, że stan mojej cery znacznie poprawił się, mam mniejsze pory, wypryski pojawiają się znacznie rzadziej i przede wszystkim zmiany są mniej bolesne i szybciej znikają. Chętnie widziałabym ten duet w swojej codziennej pielęgnacji, zwłaszcza na te dni kiedy z powodu hormonów cera potrafi szaleć. To kolejne kosmetyki marki Vichy, które świetnie się u mnie sprawdziły i z których jestem zadowolona. Jeśli macie ochotę poczytać o innych tej marki, to odsyłam Was do wpisów poniżej. Znacie kosmetyki Normaderm Phytosolutions Vichy? Jak się u Was sprawdziły? A może macie innych faworytów na problemy skóry? Dajcie znać w komentarzach! 



środa, 13 listopada 2019

Recenzja: serum Mineral 89 oraz kremy Neovadiol Vichy

Recenzja: serum Mineral 89 oraz kremy Neovadiol Vichy
Pod koniec września miałam prawdziwy wysyp kosmetyków do testowania marki Vichy. Pisałam Wam o tym już we wrześniowym haul'u LINK, jednak na potrzeby tego posta przypomnę. Dostałam się wtedy do testowania serum Mineral 89 na platformie Streetcom, a chwilę wcześniej do testów w ramach Klubu Recenzentki Wizaż przybyły do mnie dwa kremy z linii Neovadiol. Ponieważ te drugie kosmetyki przeznaczone są raczej do skóry osób po 60 roku życia, to oddałam je mojej mamie i to właśnie ona była ich główną testerką. W dzisiejszym wpisie skupię się więc na zrecenzowaniu Wam boostera Mineral 89. Pojawią się także minirecenzje pozostałych dwóch kosmetyków marki Vichy, zapraszam! 
Kosmetyki Vichy, jakie miałam przyjemność testować w ostatnim czasie to nie jedyne produkty tej marki, które zdążyłam już troszkę poznać. Jak być może pamiętacie w styczniu testowałam hialuronową maskę Liftactiv Hyalu Mask, która do dziś mnie zachwyca swoim działaniem LINK. Dla przypomnienia dodam, że głównym składnikiem aktywnym wszystkich kosmetyków marki Vichy jest woda termalna, której źródło znajduje się w wulkanicznym regionie Francji, w Owernii.  
Booster Mineral 89, Vichy
Nawilżająco - wzmacniający booster Mineral 89 marki Vichy ma minimalistyczną formułę, która składa się z zaledwie jedenastu składników. Wśród tych najważniejszych jest woda termalna ze źródeł Vichy oraz kwas hialuronowy. Woda termalna z Vichy zawiera wiele minerałów niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania skóry. Jest odpowiednia dla każdego typu skóry, także tej wrażliwej. Wzmacnia ją i regeneruje. W połączeniu z kwasem hialuronowym, który ma działanie wiążące cząsteczki wody, odpowiada za prawidłowy poziom nawilżenia. Takie połączenie składników aktywnych ma zapewnić naszej skórze prawidłowe nawilżenie, wzmocnienie i sprężystość. 
Booster Mineral 89 jest hipoalergiczny i bezwonny. Ma postać lekkiego, przeźroczystego żelu, który po nałożeniu na skórę wchłania się w nią bardzo szybko nie pozostawiając uczucia lepkości. Jest polecany jako pierwszy etap po oczyszczeniu i tonizowaniu skóry, pod krem na dzień lub na noc. Używany regularnie wpływa na zwiększenie jędrności oraz wygładzenie skóry.  Zobaczcie na moją skórę już po kilku dniach regularnego stosowania!
Opakowanie to szklana buteleczka z dozownikiem, który pozwala na odpowiednie porcjowanie kosmetyku. Booster jest bardzo wydajny i niewielka jego ilość z powodzeniem wystarczy na nawilżenie całej twarzy. Mam cerę mieszaną i zdarzają mi się dni, kiedy po serum Mineral 89 mam poczucie wystarczającego nawilżenia. Jednak zazwyczaj stosuję ten kosmetyk pod krem. Booster bardzo szybko wchłania się w skórę, dzięki czemu już po chwili można przystąpić do kolejnego kroku pielęgnacyjnego. Jest świetny jako baza pod makijaż, nie powoduje rolowania się na nim kremu, czy podkładu. Po ponad miesiącu stosowania zauważyłam, że moja skóra stała się bardziej gładka, milsza w dotyku, bardziej sprężysta. Mam wrażenie, że strefa T nieco mniej się przetłuszcza, a policzki są lepiej nawilżone. Skóra na całej twarzy ma lepszy koloryt i wygląda ładniej. Oczywiście wiadomo, że na kondycję naszej cery wpływ ma szereg czynników, jednak muszę przyznać, że pielęgnacja boosterem Vichy jest sama w sobie bardzo przyjemna i chętnie wprowadziłam ten kosmetyk do mojej codziennej rutyny. 

Skład: Aqua / Water, PEG/PPG/Polybutylene Glycol-8/5/3 Glycerin, Glycerin, Butylene Glycol, Methyl Gluceth-20, Carbomer, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Biosaccharide Gum-1
Neovadiol Phytosculpt, Vichy
Krem do pielęgnacji szyi i owalu twarzy Neovadiol Phytosculpt marki Vichy zgodnie z informacją na opakowaniu przeznaczony jest do ujędrnienia i poprawy sprężystości skóry. Jego działanie dedykowane jest głównie dla skóry po okresie menopauzy. Wśród składników obok wody termalnej z Vichy znajduje się fitosterol i Pro-Xylane, które mają wpływać na elastyczność skóry i jej ujędrnienie. Krem w opakowaniu ma dość zbitą konsystencję i ciężko wydobywa się go z opakowania-tubki. Po rozgrzaniu w dłoniach i nałożeniu na skórę twarzy jego konsystencja staje się bardziej miękka i umożliwia wmasowanie kosmetyku. Po "wystygnięciu" kremu działa on trochę jak gorset napinając i delikatnie unosząc skórę, taki lekki "lifting". Trzeba nauczyć się pracy z tym kremem, nie jest to trudne, ale zdecydowanie aplikowanie go z minimasażem bardzo korzystnie wpływa na działanie. Instrukcję, jak zrobić taki masaż znajdziemy wewnątrz kartonowego opakowania. Krem ma delikatny zapach, który szybko się ulatnia. Przy pierwszym działaniu nie zauważyłam spektakularnych efektów, ale też początkowo miałam trudność z prawidłową aplikacją. Kolejne dni pokazały działanie kremu - skóra wydaje się być bardziej sprężysta i gładsza. Krem jest bardzo wydajny, jednak jego cena jest dość wysoka. 

Skład: Aqua / Water, Glycerin, Cyclohexasiloxane, Dipropylene Glycol, Dimethicone, Hydroxypropyl Tetrahydropyrantriol, Zea Mays Germ Oil / Corn Germ Oil, Elaeis guineensis oil / palm oil, Alcohol Denat, Butyrospermum Parkii Butter / Shea Butter, Glyceryl Stearate, Propylene Glycol, Peg-100 stearate, Cetyl Alcohol, Cera Alba / Beeswax, Myristyl Myristate, Prunus Amygdalus Dulcis Oil / Sweet Almond Oil, Hydroxyethylpiperazine Ethane Sulfonic Acid, Adenosine, Methyldihydrojasmonate, Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate, Phymatosorus Grossus Leaf Extract, Sodium Hyaluronate, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Cetyl Palmitate, Citric Acid, Acrylamide/Sodium Acryloyldimethyltaurate Copolymer, Ammonium Polyacryloyldimethyl Taurate, Caprylyl Glycol, Isohexadecane, Myristic Acid, Palmitic Acid, Polysorbate 80, Propanediol, Sorbitan Oleate, Sorbitan Tristearate, Stearic Acid, Polysilicone-11, CI 15985 / Yellow 6, Phenoxyethanol, Parfum / Fragrance
Neovadiol Rose Platinum, Vichy
Zgodnie z informacją producenta krem wzmacniająco-rewitalizujący do twarzy Neovadiol Rose Platinum zawiera w składzie wapń i wosk pszczeli, które mają odżywić i wspomóc regenerację skóry. Perłowa, różowa konsystencja kremu w połączeniu z różanym zapachem zdecydowanie umila jego aplikację. Kolor kremu powoduje, że skóra nabiera naturalnego blasku i ma ładny, zdrowy koloryt. 
Krem znajduje się w szklanym słoiczku z plastikową nakrętką. Jest dośc wydajny i niewielka jego ilość wystarcza do aplikacji na całej twarzy. Ten kolor i zapach powodują, że kosmetyk sprawia wrażenia bardzo luksusowego i szczerze mówiąc sama bardzo chętnie bym go poużywała nie tylko "jednorazowo" :-) Na mojej mieszanej skórze sprawdził się całkiem dobrze, choć w partiach tłustych był nieco zbyt "bogaty" i tam nakładałam go bardzo cieniutko. Wiem, że mojej mamie także się spodobał, dlatego jeśli szukacie kosmetyku na prezent dla rodzicielki, myślę że to może być ciekawa propozycja. O ile cena jest dla Was oczywiście do zaakceptowania :) 

Skład: Aqua, Glycerin, Alcohol Denat, Dimethicone, Paraffinum Liquidium, Butyrospermum Parkii Butter, Bis-Behenyl/Isostearyl/Phytosteryl Dimer Dilinoleyl Dimer Dilinoleate, C30-45 Alkyl Dimethicone, Peg-20 Stearate, Silica, Oryza, Sativa Bran Oil, Tin Oxide, Peg-100 Stearate, Peg-30 Dipolyhydroxystearate, CI 77491, CI 77891, Cera Microcristallina, Stearyl Alcohol, Paraffin, Cera Alba, Potassium Hydroxide, Carbomer, Glyceryl Stearate, Calcium Pca, Trideceth-6, Sodium Phytate, Sodium Hyaluronate, 2-Oleamido-1, 3-Octadecanediol, Phenoxyethanol, Ammonium Polyacryloyldimethyl Taurate, Tocopherol, Hydrogenated Polyisobutene, Capryloyl Salicylic Acid, Citric Acid, Synthetic Fluorphlogopite, Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate, Faex Extract, Octyldodecanol, Cetyl Palmitate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Ethylhexylglycerin, Parfum
Nie za często mam możliwość używania kosmetyków Vichy, ale zdecydowanie spowodowane jest to ich wysoką (jak dla mnie!) ceną. Jak dotąd bowiem ich jakość i działanie we wszystkich przypadkach sprawdziły się u mnie na plus, a nawet mogę powiedzieć, że plus+plus :D W zapasie mam jeszcze krem na dzień w linii Liftaktiv. Ciekawa jestem jak się sprawdzi. Używaliście kosmetyków pielęgnacyjnych marki Vichy? Który szczególnie Was zachwycił?  Dajcie znać w komentarzach ;) 

piątek, 26 lipca 2019

Recenzja: maski z Biedronki be beauty care

Recenzja: maski z Biedronki be beauty care
Nie dziwi już nas obecność w nieomal każdym dyskoncie spożywczym kosmetycznej marki własnej, choć często są to produkty znanych nam polskich marek, jedynie produkowane pod innym brandem. I tak w Lidlu spotkać możemy kosmetyki marki Cien, w Auchanie - kosmetyki marki Cosmia, a w Biedronce - marki Be Beauty Care. Dziś opowiem Wam o kilka maseczkach tej ostatniej.
Przyznaję, że pomimo sporych zapasów kosmetycznych i znajomości naprawdę fajnych produktów daję się czasami skusić na kolejny kosmetyk podczas zakupów spożywczych :-) Gdzieś pomiędzy ziemniakami, a mlekiem wpada więc do koszyka jakiś drobiazg, po który sięgam głównie z powodu ceny. Trzeba bowiem od razu przyznać, że kosmetyki marki własnej sklepu są zazwyczaj znacznie tańsze od ich odpowiedników w drogeriach. I tu początkową radość z super promocyjnego zakupu zawsze przyćmiewa mi myśl, że może za tą ceną nie idzie jakość? Dlatego postanowiłam sprawdzić kilka masek marki be beauty, które kupiłam w Biedronce za naprawdę niewielkie pieniądze. Będzie maska w płachcie oraz trzy maseczki w saszetkach.   
Maska oczyszczająca do twarzy kompres - w płachcie
Maska na czarnej tkaninie zgodnia z opisem producenta zawiera aktywny węgiel i pędy bambusa. Skład maski (z opakowania) : 
Aqua, Glycerin, PEG-12 Dimethicone, Butylene Glycol, Methyl Gluceth-20, Methylpropanediol, Enantia Chlorantha Bark Extract, Oleanolic Acid, Panthenol, Bambus Vulgaris Leaf/Stem Extract, Popylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Polyglyceryl-10 Stearate, Charcoal Powdre, Polyglycerin-10, Polyglyceryl-10 Myristate, Sodium Dehydroacetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Polysorbate 20, Allantoin, Polyavrylate Crosspolymer-6, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Citric Acid.
Płachta była słabo nasączona i po brzegach lekko wysuszona. Maska miałam dziwny, perfumowany zapach. Niby był ok, ale jakoś nie przekonał mnie do siebie. Podczas aplikacji czułam delikatne pieczenie w niektórych miejscach twarzy, głownie na policzkach. Niestety nie czułam nawilżenia ani chłodzenia, które zazwyczaj czuje się przy maskach w płachcie, nawet tych o działaniu oczyszczających. Myślę, że powodem może być słabe nasączenie. Po zdjęciu płachty powinno się pozostawić esencją do wyschnięcia, jednak szczypała mnie coraz bardziej skóra, więc umyłam twarz. Skóra po maseczce była lekko rozjaśniona, ale nie czułam jej oczyszczenia. Generalnie do oczyszczania zdecydowanie bardziej lubię inny typ masek, bo te w płachcie mam wrażenie, że jedynie rozjaśniają koloryt. Maska kosztowała 2,99 zł.  
Naturalna moc zielonej glinki - oczyszczająca maseczka do twarzy 
Maseczka znajdowała się w dwóch saszetkach, z których każda wystarczała na jedną aplikację. Taki "zestaw" kosztował 1,49 zł. Zgodnie z informacją producenta wersja oczyszczająca zawiera zieloną glinkę, organiczny destylat z bławatka (który jest bogaty we flawonoidy, sole mineralne, kwasy organiczne i wit. C) oraz alantoinę. Glinka jest w 100% naturalna, bez kompozycji zapachowej. Dokładny skład prezentuję na zdjęciu opakowania:
Moje pierwsze wrażenie z tą maseczką nie było najlepsze. Jak dla mnie ten kosmetyk śmierdzi i kompletnie nie mogłam przyzwyczaić się do tej woni. Być może to "zasługa" tej naturalnej glinki? Chociaż przecież używałam już wielu glinek i nigdy nie było takiego problemu. Podczas pierwszej aplikacji miałam uczucie bardzo silnego ściągnięcia skóry, które było wręcz bolesne. Przy drugim razie przeczytałam sposób użycia (ZAWSZE CZYTAJCIE INSTRUKCJE OBSŁUGI!!!) i nałożyłam maseczkę na lekko zwilżoną skórę i zdecydowanie było lepiej. W trakcie aplikacji na początku bardzo szczypały mnie skrzydełka nosa, ale z czasem to minęło. 
Maska dość szybko zasycha i trzeba ją sprawnie nakładać, podobnie jak typowe glinki. Skóra po użyciu maseczki jest ładnie oczyszczona i lekko rozjaśniona, a pory wydają się być zwężone. Działanie jest bardzo dobre i gdyby nie ten odrzucający mnie zapach z pewnością byśmy się zaprzyjaźniły.  
Japoński rytuał piękna - ekspresowa maseczka do twarzy
Według opisu w jej składzie znajdziemy japońską algę Wakame o działaniu odmładzającym i regenerującym, różową glinkę, odżywcze masło shea, a także japoński kwiat wiśni, który otuli nas swoim zapachem. Maska nie zawiera parabenów, silikonów, alkoholu i oleju parafinowego. Skład na zdjęciu:
Rzeczywiście maseczka jest bardzo przyjemna w użyciu i chętnie do niej wrócę. Ma kremową konsystencję w różowym kolorze i nakłada się ją z prawdziwą przyjemnością. Dodatkowo podczas aplikacji towarzyszy nam piękny wiśniowy zapach. W sposobie użycia zalecane jest pozostawienie maski zaledwie na 3 minuty i powiem Wam, że ciężko było się trzymać tak krótkiego czasu :-)
Maska ładnie wygładziła skórę i ją nawilżyła. Mam wrażenie, że była ona bardziej odżywiona i miała ładniejszy koloryt. W dotyku była gładsza i jakby zrelaksowana. Jak za ceną 1,49 zł jest to kosmetyk zdecydowanie wart wypróbowania.
Aktywny detox węglowy - maseczka peel off
Kolejna maska z aktywnym węglem tym razem w formule peel off. Obok węgla znajduje się tutaj wyciąg z lukrecji gładkiej, który reguluje proces wydzielania sebum oraz łagodzi stany zapalne. Podobnie do poprzednich masek w cenie 1,49 zł otrzymujemy dwie saszetki na dwie aplikacje kosmetyku. Skład z opakowania:
Maska jest bardzo ciężka w aplikacji. Jest gęsta, przypomina smolistą maź i więcej jej w okolicy, niż tam gdzie chcemy ją aplikować :-) Nawet wydobycie maski z opakowania jest sztuką! Nie wyobrażam sobie nakładać tego typu maski na całą twarz, dlatego aplikowałam ją jedynie na strefę T i to z uważnym pominięciem miejsc z włoskami. Maseczka zastyga bardzo długo. Jeśli chcemy ją ściągnąć jak "drugą skórę" to musimy się przygotować na nawet 30 min czekania, dopiero bowiem po porządnym zaschnięciu można ją jako tako odlepić. I to pod warunkiem, że nakładałyśmy ją dość grubą warstwą. To akurat sposób na każdą maseczkę typu peel off - nałożyć grubszą warstwą i czekać cierpliwie do porządnego zaschnięcia. Wtedy zdejmowanie maski będzie proste. Niestety w przypadku maski be beauty nawet ten sposób okazał się nieskuteczny. Resztki czarnej mazi pozostają na twarzy i są bardzo trudne do usunięcia. Właściwie szorujemy skórę przy domywaniu tych resztek tak bardzo, że ciężko powiedzieć, czy efekt oczyszczenia jest od maski, czy od tego szorowania :D W dodatku na skórze pozostaje SZARY filtr, więc wyglądamy na brudne. No NIE! Zdecydowanie nie polecam tej maski, bo jest gorszą wersją czarnej maski Pilaten, z którą też jest wiele zachodu. W dodatku ten "zapach" alkoholu... Serio ktoś mógłby to nakładać na całej twarzy?  

Podsumowując moją przygodę z maskami be beauty z Biedronki jak widać uczucia są mieszane :) Maska oczyszczająca w płachcie nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, w dodatku była słabo nawilżona. Działanie maseczek w saszetkach było przynajmniej bardziej zauważalne, choć wersja aktywny detox węglowy okazała się koszmarkiem, do którego nigdy więcej nie wrócę. Mieszane mam uczucia wobec maski naturalna moc zielonej glinki, bo jej zapach bardzo mnie drażnił i mimo dobrego działania jestem wobec niej zniechęcona. Sytuacje uratowała jedynie maska japoński rytuał piękna, która była przyjemna w działaniu i aplikacja jej sprawiła mi prawdziwą radość. Jeśli znajdę ją gdzieś podczas zakupów, to chętnie wrócę. Pozostałe maski nie skuszą mnie już raczej, mimo swojej niskiej ceny. Wszystkie produkty zostały wyprodukowane dla Biedronki przez firmę Marion. To już moje druga przygodą z kosmetykami tej firmy i jak dotąd nie ma szału. Używałyście masek be beauty care? Jak się u Was sprawdziły? Wiem, że rodzajów masek be beauty jest o wiele więcej, może macie jakąś godną polecenia? Dajcie znać w komentarzach!   
EDIT: Nie miałam szczególnie pozytywnych relacji z maseczkami Be Beauty, a jednak postanowiłam wypróbować jeszcze jedną z nich, której nie znałam. Mowa o kokosowej hydro-esencji nawilżającej, która w swoim składzie ma zawierać olej kokosowy, masło shea i wodę z kokosa. Tradycyjnie już maseczka zapakowana jest w podwójną saszetkę. Na upartego jedna taka saszetka mogłaby nawet wystarczyć na jedną aplikację, jednak ja lubię taką grubszą warstwę i używam jej "na raz". Maseczka ma mleczną barwę i bardzo przyjemny, kokosowy zapach. W aplikacji jest bez problemowa, dobrze rozprowadza się po skórze. Kosmetyk nakładamy na twarz na 15 min i po tym czasie pozostałości wklepujemy w skórę. Ja zazwyczaj zmywałam skórę wodą, ale nie za mocno aby jednak zostawić tą warstewkę okluzyjną. Maska bardzo przyjemnie nawilża i odżywia skórę, które staje się bardziej wygładzona i napięta. Dzięki pięknemu zapachowi można się fajnie zrelaksować. Efekt nawilżenia nie utrzymuje się jakoś bardzo długo, zazwyczaj kolejnego dnia już go nie czuję, mimo to myślę, że jak za cenę poniżej 2 zł to jest ona warta uwagi i użycia od czasu do czasu. Skład z opakowania na zdjęciu poniżej ;-)

piątek, 12 lipca 2019

Recenzja: serie Love Nature z olejkiem z drzewa herbacianego oraz z ogórkiem Oriflame

Recenzja: serie Love Nature z olejkiem z drzewa herbacianego oraz z ogórkiem Oriflame
Jakiś czas temu zrobiłam kilka zamówień kosmetycznych z Oriflame i... właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że to było ROK temu! Jak widać trochę czasu muszą przeleżeć u mnie kosmetyki, zanim zacznę ich używać. Miejmy nadzieję, że to już ostatnia taka sytuacja, a Was zapraszam na recenzję dwóch setów kosmetycznych - serii z olejkiem z drzewa herbacianego oraz z ogórkiem - oba z lini Love Nature firmy Oriflame.
W zeszłorocznym czerwcowym haul'u LINK pokazywałam Wam m.in. moje duże zamówienie z Oriflame. Znalazły się w nim m.in. kosmetyki z serii Love Nature z olejkiem z drzewa herbacianego: tonik, krem do twarzy na dzień, chusteczki do demakijażu oraz korektor. Chwilę wcześniej z okazji urodzin dostałam od Talarkowej wielką pakę kosmetyków, w której znalazł się m.in. żel oczyszczający do twarzy z tej samej serii. Ponieważ wcześniej przetestowałam też olejek z drzewa herbacianego Love Nature mogę dziś powiedzieć, że poznałam całą linię i to od niej chciałabym rozpocząć dzisiejszą recenzję. 

Seria Love Nature z olejkiem z drzewa herbacianego
W skład oczyszczającej serii z olejkiem z drzewa herbacianego Love Nature Oriflame wchodzą: żel oczyszczający, tonik, krem do twarzy, chusteczki oczyszczające, olejek oraz korektor. Wszystkie zawierają w swoim składzie mniejszym lub większym stopniu olejek z drzewa herbacianego, który jest znany ze swoich właściwości antybakteryjnych i kojących. Cała linia ma regulować produkcję sebum i wspomóc nas w walce z niechcianymi krostami. Jest dedykowana posiadaczkom cery tłustej, mieszanej w kierunku tłustej oraz trądzikowej. Produktem "flagowym" tej serii jest olejek z drzewa herbacianego, który jednak nie zrobił na mnie większego wrażenia. Pisałam o nim w poście poświęconym letniej pielęgnacji skóry twarzy LINK. Widzę, że aktualnie w sprzedaży jest wersja zawierająca dodatek limonki. 
Żel oczyszczający z olejkiem z drzewa herbacianego Love Nature
Posiada dość lejącą formułę i zielony kolor. Kosmetyk przyzwoicie się pieni i dobrze oczyszcza skórę twarzy, nie powodując przy tym jej podrażnienia, ani wysuszenia. Ogólnie cała linia zaskoczyła mnie tym, że działa oczyszczająco, ale nie ściąga skóry i nie przesusza, jest wręcz dla niej delikatna. Żel ma przyjemny zapach, tak samo zresztą pachną także i inne produkty z tej serii. Opakowanie to plastikowa butelka 150 ml z zakrętką i muszę powiedzieć, że jest ono zdecydowanie mało wygodne. Zdecydowanie lepsza była by pompka, którą wygodniej byłoby dozować kosmetyk. 
Skład (z opakowania): Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Coco-Glucoside, Disodium Cocoamphodiacetate, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Sodium Cocoamphoacetate, Phenoxyethanol, Glyceryl Oleate, Sodium  Lauroyl Sarcosinate, PEG-18 Glyceryl Oleate/Cocoate, Parfum, DMDM Hydantoin, Disodium Edta, Melaleuca Alternifolia Leaf Oil, Citric Acid, Sodium Citrate, Methylparaben, Propylparaben, Ethylparaben, CI 42090, CI 19140, CI 17200
No cóż, kosmetyk naturalny to na pewno nie jest, ale wiem że niektóre z Was lubią czytać składy, więc podaję :-)
Jak już wspominałam - żel dobrze oczyszcza skórę z sebum i resztek makijażu oraz wszelkich zanieczyszczeń. Skóra jest przygotowana do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych, ale nie jest przesuszona. Do jednorazowej aplikacji wystarczy niewielka ilość kosmetyku, dlatego jest on dość wydajny. 

Tonik z olejkiem z drzewa herbacianego Love Nature
Ma zieloną barwę i pachnie tak jak cała seria, orzeźwiająco i świeżo. Tonik także znajduje się w butelce zakończonej zakrętką, ale akurat w jego przypadku taka formuła zupełnie mi nie przeszkadza. Nałożony na skórę za pomocą nasączonego wacika oczyszcza pory i łagodzi stany zapalne. Delikatnie matuje też skórę. To mój zdecydowany faworyt z tej serii i lubię przecierać nim twarz np. po treningu. Nie powoduje wysuszania skóry, a fajnie ją odświeża i oczyszcza. Przypomnę tylko, że mam skórę mieszaną, latem z tendencją ku tłustej.
Skład (z opakowania): Aqua, Alcohol Denat, Glycerin, Propylene Glycol, Polysorbate 20, Sodium Citrate, Imidazolidinyl Urea, Citric Acid, Sodium Benzoate, Parfum, Benzophenone-4, Disodium Edta, Melaleuca Alternifolia Leaf Oil, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Ethylparaben, CI 19140, CI 42090, CI 17200

Emulsja do twarzy z olejkiem z drzewa herbacianego Love Nature
Zamknięty w małym, plastikowym słoiczku krem ma bardzo lekką formułę - może stąd nazwa "emulsja". Krem ma przyjemny, orzeźwiający zapach taki sam jak cała seria i delikatnie zielonkawą barwę. Używanie go jest bardzo przyjemne, bo wchłania się bardzo szybko, jest też odpowiedni pod makijaż. Pozostawia skórę delikatnie nawilżoną, ukojoną, a zarazem pomaga w walce z niedoskonałościami. Czasami miałam po nim uczucie delikatnego ściągnięcia skóry, wtedy używałam dodatkowego kremu nawilżającego. Trzeba też pamiętać, że emulsja ta nie posiada filtrów SPF, dlatego zwłaszcza latem przyda się dodatkowy krem UV. Próbowałam też używać tego kosmetyku na noc, ale zdecydowanie ma jak dla mnie zbyt lekką formułę i potrzebowałam "czegoś więcej". 
Skład (z opakowania): Aqua, Butylene Glycol, Ethylhexyl Stearate Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Kaolin, Cetearyl Alcohol, Stearic Acid, Cyclopentasiloxane, Carbomer Dimethicone, Phenoxyethanol Urea, Parfum, Sodium Hydroxide, Propylparaben, Methylparaben, Melaleuca Altenifolia Leaf Oil, Disodium EDTA, Ethylparaben, CI 42090 

W linii Love Nature z olejkiem z drzewa herbacianego są jeszcze chusteczki do demakijażu, o których pisałam Wam w majowym denko LINK. Jest tutaj także korektor w sztyfcie, który ma za zadanie nie tylko pomóc w ukryciu niechcianych krost, ale także działać na nie dodatkowo wysuszająco i łagodząco. Niestety nie poznałam go jeszcze na tyle, aby móc podzielić się z Wami moją opinią. Jedyne, co mogę w tej chwili o nim napisać, to że jest dwukolorowy (zielono-beżowy) oraz pachnie, jak pozostałe kosmetyki z tej serii. 
Najważniejsze jednak pytanie - czy kosmetyki z olejkiem z drzewa herbacianego Love Nature Oriflame pomagają w walce z niedoskonałościami? I tutaj powiem Wam, że mam mieszane uczucia. Używając całej serii naraz spodziewałam się naprawdę spektakularnych efektów, z drugiej jednak strony obawiałam się, że moja skóra może się przesuszyć, a nic takiego się nie stało (jak już podkreślałam wielokrotnie). Stan skóry na pewno uległ poprawie i kosmetyki Love Nature bardzo pomogły mi zwłaszcza w trudnym czasie dla mojej skóry, jakim były czerwcowe upały. Z całej serii najbardziej polubiłam się z tonikiem i to on zrobił na mnie najlepsze wrażenie. 
Seria Love Nature z ogórkiem
Ogórkowe trio miniproduktów (każdy ma zaledwie 30 ml) kupiłam jako kosmetyki do zabierania na wszelkie podróże. Spodziewałam się, że zużyję je bardzo szybko, jednak okazały się całkiem wydajne. Cała seria ma bardzo delikatny zapach ogórka, który umila używanie kosmetyków. Składają się na nią: żel do twarzy, peeling oraz maseczka (w kolejności od lewej).
Żel z ogórkiem Love Nature
Przez długi czas myślałam, że jest to kosmetyk do oczyszczania skóry, który można używać na zmianę z peelingiem z serii. Na szczęście jednak na naklejce w tyłu jest wyjaśnienie sposobu użycia, które rozwiało moje wątpliwości. Jest to żel nawilżający, który używamy w ostatnim kroku, zamiast lub pod krem nawilżający. Co ciekawe, kiedy użyłam go kilkukrotnie na zwilżonej skórze twarzy jako żel oczyszczający, to nie zauważyłam, abym miała niedoczyszczoną skórę, a jedynie zdziwił mnie fakt, że produkt się nie pienił :D I tu powtórzę się po raz n-ty: czytajcie sposób użycia zawsze, nawet gdy wydaje się wszystko oczywiste! 
Żel ma bardzo lekką formułę i szybko się wchłania. Pozostawia skórę nawilżoną i odświeżoną. Początkowo może się trochę kleić, ale po całkowitym wchłonięciu w skórę nic się nie lepi. Kosmetyk bardzo dobrze sprawdza się pod makijaż, bo nic się na nim nie roluje. Skóra jest nawilżona, ukojona, napięta, wygląda świeżo. Trochę mi ten żel w działaniu przypomina aloesowy żel Holika Holika - jest równie przyjemny i delikatny dla skóry. 
Skład (z opakowania): Aqua, Glycerin, C12-13 Pareth-9, Oleth-20, Carbomer, Phenoxyethanol, Imidazolidinyl Urea, Parfum, Ethylhexylglycerin, Sodium Hydroxide, Disodium Edta, Cucumis Sativus Fruit Extract, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, CI 19140, CI 61570
Peeling do twarzy z ogórkiem Love Nature
Niech Was nie zwiedzie niepozorny wygląd tego kosmetyku! Mimo, że nie widać w nim drobin ścierających, to jest całkiem dobrym zdzierakiem i można nim bardzo dobrze oczyścić skórę. Jak wszystkie produkty ten serii ma delikatny  ogórkowy zapach. Niewielka ilość potrzebna jest do jednorazowej aplikacji, dlatego mimo niewielkiego opakowania jest to całkiem wydajny kosmetyk. Skóra po użyciu peelingu jest bardzo dobrze oczyszczona, wydaje się wręcz być jaśniejsza, rozświetlona. Jest przy tym miękka w dotyku i gładka. Bardzo polubiłam się z tym produktem i za każdym razem nie mogę się nadziwić, że wydaje się być jednorodny, a jednak podczas używania czuć w nim drobinki peelingujące. 
Skład (z opakowania): Aqua, Glycerin, Hydrated Silica, Phenoxyethanol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Sodium Hydroxide, Benzophenone-4, DMDM Hydantoin, Disodium Edta, Citric Acid, Cucumis Sativus Fruit Extract, Sodium Citrate Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, CI 19140, CI 61570  
Maseczka do twarzy z ogórkiem Love Nature 
Ma zielonkawą barwę, a w konsystencji przypomina satynową glinkę. Bardzo dobrze i gładko rozprowadza się po skórze i dość szybko wysycha. Zwłaszcza, gdy nałożymy ją cienszą warstwą. Maskę bardzo łatwo zmywa się samą wodą, nie ma problemów, żeby gdzieś pozostawała czy była trudna do usunięcia. Dlatego jest świetna też na wyjazdy, bo zmyjemy ją w każdych warunkach. Moja skóra po zmyciu maseczki jest bardzo fajnie zmatowiona i oczyszczona. Pory są mniejsze, a cała skóra wygląda na jasniejszą. Sama maseczka mogłaby być też sprzedawana w większym opakowaniu, bo chętnie sięgałabym po nią częściej! 
Skład (z opakowania): Aqua, Kaolin, Butylene Glycol, Glycerin, Bentonite Sodium Citrate, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Parfum, Imidazolidinyl Urea, Citric Acid, Cucumis Sativus Fruit Extract, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, CI 19140, CI 61570, CI 77891

Seria z ogórkiem Love Nature mimo swoich niewielkich opakowań robi świetną robotę. Dobrze oczyszcza, rozjaśnia i odświeża skórę, a przy tym jej nie podrażnia. Kosmetyki zabieram ze sobą na wszelkiego rodzaju wyjazdy i bardzo jestem z nich zadowolona. Maseczkę używałabym też chętnie częściej, gdyby była w większym opakowaniu. Nie umiem wskazać mojego faworyta tej serii, wszystkie kosmetyki są warte zainteresowania, a ich działanie razem jest zdecydowanie najlepsze. 

Jako wieloletnia konsultantka Avonu niewiele znam kosmetyków "konkurencyjnej" firmy Oriflame. Jednak te, które miałam możliwość przetestować zawsze okazywały się ciekawe i godne zauważenia. Myślę, że obie te firmy kosmetyczne mają w swojej ofercie produkty, które będą pasowały różnym cerom i różnym osobom. W wyborze kosmetyku dla siebie najlepiej kierować się potrzebami swojej skóry, a nie marką :-) Znacie kosmetyki z serii Love Nature Oriflame? Czy są to któreś, z przedstawionych dzisiaj przez mnie serii? A możne macie innych faworytów wśród produktów tej firmy? Dajcie koniecznie znać w komentarzach! 


poniedziałek, 17 czerwca 2019

Recenzja: podkład Teint Idole Ultra Wear Lancome

Recenzja: podkład Teint Idole Ultra Wear Lancome
Co prawda trzydziestostopniowe upały, jakich doświadczamy obecnie w Polsce nie sprzyjają noszeniu makijaży, to jednak chciałam zaprosić Was na recenzję podkładu Teint Idole Ultra Wear z Lancome. Kosmetyk ten występuje podobno w 21 odcieniach, myślę więc że każdy znajdzie swój idealny kolor!
Podkład Teint Idole Ultra Wear marki Lancome otrzymałam do testowania w ramach Klubu Recenzentki Wizaż i jest to moja pierwsza styczność z produktami tej marki. Wiem, że kosmetyki Lancome są dostępne na przykład w perfumeriach Douglas, ale też Notino, czy Sephora
Kosmetyk zamknięty jest w prostokątnej butelce z grubego szkła, zakończonej czarną zakrętką z grawerowaną różą na złotym tle na wierzchu zatyczki. Szkło jest półmatowe, a samo opakowanie jest eleganckie i pięknie wygląda na toaletce. Podkład wydobywamy z butelki za pomocą pompki, która umożliwia precyzyjne dawkowanie. Pompka działa sprawnie i nie zacina się, ani nie zapycha. Zainteresowanych składem produktu odsyłam do zdjęcia opakowania (niestety jest ono srebrne, stąd trudność w ostrości zdjęcia): 
Podkład ma lejąca konsystencję i przyjemny pudrowy zapach. Daje wykończenie satynowe, matowe. Ja używałam koloru 03 Beige Diaphane i początkowo nieco obawiałam się, że ten kolor będzie dla mnie zbyt ciemny. Na szczęście jednak nie jest tak źle, choć chętnie wypróbowałabym też nieco jaśniejszy ton. Z drugiej jednak strony moja skóra z dnia na dzień robi się ciemniejsza od słońca, może się więc zaraz okazać, że podkład ma kolor idealny :-) Beige Diaphane to kolor dla karnacji nieco ciemniejszej niż najjaśniejsza (dla tej dedykowane są kolory rozpoczynające się od 00, 01 i 02). 
Powyższe zdjęcie pochodzi ze strony Lancome.pl

Po nałożeniu na skórę kolor nieznacznie oksyduje w kierunku pomarańczowego. Mimo to po chwili dopasowuje się do mojego odcienia karnacji i ładnie się z nią stapia. Podkład daje średnie krycie i jest ono bardzo naturalne. Zauważyłam, że można budować to krycie poprzez dokładanie kolejnej warstwy w miejscach, która chciałam dokładniej pokryć makijażem. Nawet mimo nałożenia większej ilości podkładu nie miałam nigdzie na twarzy efektu maski, ani podkreślonych suchych skórek. Podoba mi się to, że kosmetyk zawiera filtr SPF 15, co nie jest wcale takie częste wśród podkładów.   
Kosmetyk aplikowałam palcami, bo jest to dla mnie najbardziej wygodny sposób. Podkład utrzymywał sie na swoim miejscu przez cały dzień! Nie schodził nawet z partii twarzy, gdzie mam bardziej tłustą skórę (jestem posiadaczką cery mieszanej). Dawał przy tym bardzo naturalne wykończenie, a w noszeniu okazał się tak lekki, że nie czułam, że jestem pomalowana. Po kilku godzinach wymagał zmatowienia w strefie T, ale w moim przypadku nie znam żadnego podkładu który by tego nie potrzebował ;-) Niestety przy ostatnich 30-to stopniowych upałach zrezygnowałam zupełnie z malowania się, bo moja cera szaleje totalnie i nie chcę jej dodatkowo obciążać niczym. Dlatego nie powiem Wam, jak podkład Teint Ultra Wear Lancome zachowuje się w ekstremalnie wysokich temeraturach. 
Podkład Teint Idole Ultra Wear zgodnie z obietnicą producenta ma być produktem, który utrzyma się na naszej skórze nawet do 24 godzin. Porównując jego działanie na mojej mieszanej cerze z podkładem HD Liquid Coverage Catrice (mini recenzja LINK) mam wrażenie, że są one zupełnie inne. Podkład Catrice daje bardzo mocne krycie, właściwie nie muszę po nim stosować już korektora na niedoskonałości czy cienie. Podkład Lancome ma krycie znacznie mniejsze, ale daje za to bardziej naturalny efekt i nawet nałożony na suche skrzydełka nosa nie odznacza się. Mimo podobnych obietnic mam wrażenie, że podkład Catrice mocniej trzyma się mojej twarzy i dłużej wygląda ona na umalowaną. Z kolei Lancome jest zdecydowanie bardziej przyjemny w używaniu - ma satynową konsystencję, wygodną pompkę, przepiękny zapach. Jeśli udałoby mi się znaleźć podkład "pomiędzy" tymi dwoma, to coś czuję, że byłabym totalnie zachwycona. A może Wy podsuniecie mi pomysł na przetestowanie jakiegoś podkładu? Chętnie poczytam Wasze opinie w komentarzach! 
  

piątek, 31 maja 2019

Recenzja: maski Tropical Island Marion

Recenzja: maski Tropical Island Marion
Jakoś tak w zeszłoroczne wakacje w sklepach Biedronka pojawiła się seria masek Tropical Island marki Marion. Maseczek było pięć, wyglądały przepięknie, a do tego kosztowały niewielkie pieniądze. Więc wiadomo, jak to się skończyło! W końcu jednak postanowiłam nie tylko zachwycać się ich pięknym wyglądem, ale także sprawdzić jak działają. Co z tego wyszło? O tym w dalszej części dzisiejszego posta.
Maseczki Tropical Island firmy Marion mają żelową formułę (stąd nazwa na opakowaniu Jelly Mask) oraz ciekawe, okrągłe opakowanie. Do tego każda przyozdobiona jest przepiękną grafiką, nawiązującą do rajskiej wysypy i tropików. W zestawie miałam cztery maski oraz jeden peeling. Obecnie firma wprowadza do sprzedaży trzy kolejne produkty z tej serii - drobnoziarnisty peeling Black Coco z wodą kokosową, peeling enzymatyczny Papaya z enzymem z papainy oraz energetyzujący peeling z arbuzem. Wszystkie maski i peelingi serii Tropical Island mają 10 g pojemności i nie są testowane na zwierzętach. Kolejność testowania masek wybrał dla mnie tradycyjnie mój narzeczony. 
Watermelon Jelly Mask - podobno zawiera ekstrakt z arbuza i zielonej herbaty. Maska przypomina galaretkę w czerwonym kolorze, niestety dość gęstą i trzeba uważać przy nakładaniu, aby nie spłynęła nam z twarzy, jeśli nałożymy jej zbyt grubą warstwę. Zapach niestety totalnie mnie rozczarował. Spodziewałam się mocno owocowego, a jest on jak dla mnie chemiczny. Szkoda, strasznie się napaliłam na arbuza :D Mam też małą uwagę odnośnie aplikacji. Nie do końca rozumiem sposób użycia, chodzi mi o zapis "pozostaw na skórze na około 15 minut, masuj kolistymi ruchami. Po tym czasie zmyj ciepłą wodą". Sugerowało by to, że przez 15 minut mam masować? Bo to oczywiście powoduje, że większość dość gęstej maseczki ląduje na dłoniach, a nie na skórze twarzy! Dlatego sposób użycia rozszyfrowałam sobie, jako "pozostaw na 15 min, a po upływie tego czasu masuj kolistymi ruchami i zmyj wodą". Skóra po użyciu maski Watermelon Jelly Mask była lekko nawilżona, ale nie był to jakiś "szałowy" efekt. 
Kiwi Exfoliation Scrub - peeling zawierający naturalne pestki kiwi. Przepięknie wyglądająca zielona galaretka z zatopionymi większymi i mniejszymi drobinami ścierającymi. Niestety znów niespodzianka - zapach OKROPNY! Spodziewałam się owocowego kiwi, a pachniało tak jakoś nieprzyjemnie dla mnie (z posmakiem RYBY fuj!) Peeling w działaniu jest dość dobrym zdzierakiem, ale w myśl zasady M. Kondo "jeśli używanie jakiegoś kosmetyku nie sprawia Ci przyjemności, to odstaw go" cieszę się, że ten test mam za sobą i więcej nie wrócę do tego produktu. Zwłaszcza, że porównując do peelingu kiwi z Bielendy albo L'Oreal, to nie ma w ogóle o czym mówić. Głównie w kwestii walorów zapachowych właśnie... 
Pina Colada Jelly Mask - przyjemnie, choć delikatnie pachnąca maska o konsystencji gęstego kisielu (lub na wpół stężałej galaretki). Zawiera ekstrakt z ananasa i wodę kokosową. Tutaj już wyczułam trochę nakładanie tej gęstej maski, więc tylko trochę spadło mi na umywalkę. Podczas aplikacji maseczka bardzo przyjemnie chłodziła moją skórę. W czasie zalecanych 15 min większość kosmetyku wchłonęła się w moją skórę, a po zmyciu resztek skóra była ładnie nawilżona i wygładzona. Czułam się też odświeżona. Uff, po pierwszych dwóch niewypałach w końcu coś miłego w używaniu ;-)
Banana Jelly Mask - ładny bananowy zapach, wyczuwalny od razu po otworzeniu opakowania. Mimo, że nie jestem jakąś szczególną fanką bananowych zapachów, to ten był miły dla nosa. Niestety znów ta sama wpieniająca konsystencja na wpół stężałej galaretki, która brudzi wszystko - ubrania, umywalkę, a oczywiście najmniej jej ląduje na twarzy. Maseczka zgodnie z informacją producenta zawiera w swoim składzie ekstrakty z kwiatów drzew bananowych, cytryny i wąkrotki azjatyckiej, które mają dodawać blasku. Podczas wysychania maska skleja skórę, np. w okolicy powiek. Ma się wrażenie, jakby partie skóry potraktowane maseczką lepiły się do siebie. Dzieje się tak z każdą z masek serii Jelly Mask i niestety nie jest to zbyt przyjemne uczucie. Dlatego jak tylko czułam, że maska wysycha i zaczyna się to sklejanie, to był dla mnie sygnał, że czas na zmywanie :D  Po użyciu Banana Jelly Mask skóra była fajnie nawilżona i delikatnie rozjaśniona.
Mango and Maracuja Jelly Mask - bardzo przyjemny owocowy zapach oraz pomarańczowa barwa maseczki. Zapach i kolorystyka tej wersji najbardziej przypadły mi do gustu. Konsystencja niestety znów na wpół zastygniętej galarety, przez co sporo kosmetyku spada z twarzy i ciężko nie pobrudzić maseczką umywalki i samej siebie (kolejna bluzka do prania :D). Maseczka zawiera ekstrakt z mango i marakuji, który wpływa na wyrównanie kolorytu skóry. Podczas aplikacji czułam bardzo przyjemne chłodzenie, niestety znów przy wysychaniu miałam wrażenie sklejania. Skóra po użyciu maseczki Mango and Maracuja Jelly Mask była dobrze nawilżona, lekko rozjaśniona i miała wyrównany, zdrowy koloryt. Przez chwilę jeszcze była chłodna w dotyku. 

Podsumowując działanie masek Jelly Mask firmy Marion muszę niestety powiedzieć, że nie wszystko co pięknie wygląda, równie pięknie się sprawdza. Wiele masek miało bardzo rozczarowujący mnie zapach no i w działaniu okazywały się dość delikatne i mało spektakularne. Być może przy dłuższym stosowaniu odkryłabym nieco mocniej ich działanie. Jednakże maski Jelly Mask mają jeszcze jedną cechę, przez którą nie bardzo mam ochotę przeprowadzać dłuższą kurację. W konsystencji są dość gęste i mimo kilkudniowych testów nie wprawiłam się nadal w ich nakładaniu i sporo produktu zawsze lądowało mi w umywalce (lub co gorsza na bluzce). Irytujące było też dla mnie uczucie sklejania towarzyszące wysychaniu maseczki na skórze. Jednakże pamiętajcie proszę, że są to moje subiektywne odczucia i u kogoś innego mogą one być zupełnie inne. Maski kosztują w okolicach 1,60 zł myślę więc, że warto przekonać się o ich działaniu na własnej skórze. Jak już wspominałam Wam na wstępie firma wprowadziła niedawno trzy nowe peelingi i jeśli tylko będę je gdzieś widziała, to z chęcią sprawdzę, czy może zapachy się poprawiły nieco? :-) Znacie maski Jelly Mask z Marion? Któraś z nich zrobiła na Was dobre wrażenie? A może znacie inne maski tej marki godne polecenia? 

Copyright © Nostami blog , Blogger