Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fitness. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fitness. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 września 2018

Denko SIERPIEŃ 2018

Denko SIERPIEŃ 2018
Musicie wybaczyć mi moją nieobecność. Powrót do obowiązków zawodowych totalnie wybił mnie z rytmu blogowania i pisania. Zresztą nie tylko praca stała się przyczyną mojej dłużej nieobecności, ale o tym poniżej. Dzisiaj zapraszam Was na skromne sierpniowe denko, czyli post dotyczący zużyć kosmetycznych minionego miesiąca.
Poza obowiązkami związanymi z pracą trochę mnie ostatnio przeciążyły treningi. Od maja dość dużo podróżowałam i w związku z tym nie zdążyłam zrealizować drugiego etapu FitMisji w fitness klubie, do którego należę. Przypomnę niezorientowanym - jest to taki program motywacyjny, w którym za każdy odbyty trening otrzymuje się pieczątkę do specjalnej książeczki. Całość jest podzielona na etapy i każdy z nich ma określony czas trwania, a za jego ukończenie otrzymuje się nagrodę - trening personalny, ręcznik, kubek termiczny itp. Ja z powodu wielu wyjazdów nie wyrobiłam się z czasem trwania II etapu i... musiałam rozpocząć od nowa! 
Aktualnie jestem już w drugiej połowie etapu I (za mną 14 treningów), ale przyznaję, że mocno mnie to zdołowało. O wiele trudniej jest utrzymać motywację, gdy trzeba zaczynać całkowicie od nowa i dlatego chciałam ten etap jak najszybciej zakończyć. Dlatego też nieomal codziennie biegam na siłownię, a co za tym idzie po powrocie padam na nos. Tyle tytułem wstępu, zapraszam na właściwą część posta.
Jak na moje możliwości zużycia z sierpnia są bardzo słabe, jednak patrząc na to ile czasu byłam w domu, to i tak jestem bardzo zadowolona ;-)
- mydło do rąk Senses Citrus Burst, Avon - przyzwoicie się pieniło, miało odświeżający, cytrusowy zapach, który umilał mi jego stosowanie. Ten kosmetyk był bardzo wydajny i wystarczył mi na naprawdę bardzo długo. 
- szampon i odzywka 2w1 Tropical Summer, Cien - mój zeszłoroczny zakup z Lidla, którego nie zdążyłam zużyć i który czekał na swoją kolej do tegorocznych wakacji. Szampon miał kremową, białą konsystencję i delikatny kwiatowy zapach. Dobrze się pienił, co bardzo lubię w szamponach. Miał delikatne działanie, co bardzo polubiła skóra na mojej głowie, jednak po umyciu nim włosów i tak nakładałam dodatkowo odżywkę. Nie wiem czy to kwestia przyzwyczajenia, ale po prostu lubię mieć mocno nawilżone włosy, a tutaj efekt był jak dla mnie nieco za słaby. To była limitka, więc nie wiem czy będzie jeszcze w sprzedaży, ale być może do niego wrócę w kolejnym sezonie.
- tonik z kwasem hialuronowym Jagody Acai, Ziaja - toniki z tej firmy zawsze lądują u mnie na liście ulubieńców głównie za sprawą świetnego działania odświeżającego i sprayu, który robi nam delikatną mgiełkę z produktu. Przy tegorocznych upałach psikałam się tym tonikiem bardzo często, a i tak wcale tak szybko się nie skończył! Więcej na jego temat znajdziecie w poście o tonizowaniu skóry. Czy wrócę do tego produktu? Nie mówię, że nie, choć aktualnie zachwycam się tonikiem z linii GdanSkin z tej samej firmy. 
- dezodorant Adipower, Adidas - otrzymałam go w styczniu (!) do testowania i dopiero teraz mi się skończył. Ostro używałam go na początku, później na zmianę z antyperspirantem w kremie. Działanie Adidasa zachwyciło mnie ogromnie, tutaj znajdziecie jego pełną recenzję. A ja już kupiłam kolejne opakowanie <3
- żel pod prysznic Viva Cuba, Balea - firmę Balea uwielbiam, za zapachy ich kosmetyków i prześliczne opakowania. Ten żel miał pachnieć limonką oraz hibiskusem i nie wiem czemu ale spodziewałam się mocnego, owocowego zapachu. A tu niespodzianka totalna! Za pierwszym razem gdy użyłam miałam natychmiastowe skojarzenie z kubańskim cygarem. Przy kolejnym prysznicu jednak moje wrażenia zapachowe wyklarowały się i obecnie uważam, że zapach jest podobny do.. kadzideł z kościoła  Naprawdę! Owszem czuć w tle delikatne nuty limonki, ale hibiskus jest tak intensywny, że przyćmiewa wszystko. I muszę Wam powiedzieć, że jestem totalnie zakochana w tym szalonym zapachu! Poza tym żel miał barwę TURKUSOWĄ! Poza wspaniałym zapachem żel przyzwoicie się pienił, dobrze oczyszczał skórę i jej nie wysuszał. Po raz kolejny Balea mnie zachwyciła!
- żel chłodzący do ciała po opalaniu, Kafe Krasoty - dostałam go w prezencie i bardzo cieszę się, że mogłam poznać zarówno ten produkt, jak i nieznaną mi wcześniej firmę. Żel ten posiada 99% składników roślinnych w składzie oraz nie zawiera SLSów, parabenów i silikonów.  Za to zawiera olejek sezamowy o właściwościach antybakteryjnych, ekstrakt z mięty pieprzowej, ekstrakt z zielonej herbaty, wit. E oraz d-pantenol. Przyznaję, że nie spodziewałabym się tak bogatego składu po tej niepozornej tubce w turkusowym kolorze. Kosmetyk ma dość zbitą, żelową konsystencję i jest bezbarwny. W zapachu czuć nuty mięty i mentolu, które mają działanie chłodzące. Dzięki żelowej konsystencji bardzo szybko się wchłaniał, dając uczucie schłodzenia i ukojenia podrażnionej słońcem skóry. Był więc niezastąpiony w czasie tegorocznych, upalnych wakacji! Używałam go też czasami na spuchnięte z gorąca stopy i łydki - świetnie radził sobie z ich odświeżeniem i przyjemnie chłodził. Bardzo się polubiliśmy i chętnie do niego wróce w przyszłości!

PRÓBKI, MASECZKI
Jako, że wiele w sierpniu podróżowałam udało mi się zużyć nieco zapasów próbeczek, choć nie jest to jakas imponująca ilośc, bo skupiłam się jednak na kosmetykach w mniejszych opakowaniach, ale jednak nie jednorazowych. Z widocznych tutaj opakowań wymienie tylko niektóre, szczególne.
- mokre chusteczki Beauty and Care - dostałam w prezencie od Talarkowej i świetnie sprawdziły się one podczas wyjazdu nad jezioro. Miały malutkie, zabawne opakowanie, a przy tym do końca pozostały wilgotne.
- żel pod prysznic o zapachu truskawkowym Le Petit Marseiliais - przepięknie pachnie, a skóra jest po nim dobrze oczyszczona. Używam go aktualnie w butli i cieszę się, że mam w zapasie jeszcze kilka saszetek, bo wspaniale umilają chwile pod prysznicem ;-)
- odżywcze mleczko do ciała Nivea - pięknie pachniało i dość dobrze nawilżało skórę, jednak ilość w próbce nie wystarczyła mi nawet na obie nogi. 
- krem do twarzy Hyalurogel MIXA - jest świetny, co pisałam już kiedyś przy okazji jego testowania. Myślę, że kupię sobie w końcu pełne opakowanie. 
- kremy Bielendy - nawilżający różany oraz matujący z zieloną herbatą - miały bardzo lekką konsystencję i dobrze się sprawdziły, gdy moja skóra zaczęła się przetłuszczać. Jednak po jednorazowej próbeczce niewiele więcej mogę powiedzieć i musiałabym je trochę dłużej po testować. 
- maska w płachcie ISANAnie miałam wcześniej pojęcia, że ta marka produkuje też maski w płachcie (dziękuję U! <3). Kupiłam, użyłam i mam mieszane uczucia. Niby wszystko okej, nic złego się nie działo, ale też szału nie było i zdecydowanie znam lepsze maski. Jednak ponieważ przyznaję, że moja skóra w lecie miała bardzo wysokie wymagania dam chyba tej masce jeszcze jedną szansę jesienią i zobaczymy co z tego wyniknie.
Jeśli zaś chodzi o saszetki z perełkami do kąpieli ISANA to posłużyły mi one do przygotowania prezentu dla mamy. W tej słodkiej babeczce umieściłam dwa opakowania perełek, w które wetknęłam kartę upominkową do Rossmana - potwierdzam, że została dobrze spożytkowana ;-) Perełki mają prześliczny, owocowy zapach i bardzo żałuję, że nie mam w domu wanny, bo sama bardzo chętnie bym je poużywała. 
Jak widzicie moje sierpniowe denko nie było zbyt obfite. Znalazło się tutaj sporo świetnych kosmetyków oraz ulubieńców. Miejmy nadzieję, że wrzesień pod tym względem będzie lepszy. Zwłaszcza, że po zrobieniu porządku w swoich kosmetycznych zapasach złapałam się nieco za głowę. Przeglądacie czasami swoje zapasy? Też jesteście zaskoczone, co tam można jeszcze znaleźć? Dajcie znać w komentarzach! Oczywiście jeśli chcecie się podzielić opinią o kosmetykach z mojego denka, to także serdecznie Was zapraszam.  


niedziela, 8 października 2017

Przegląd antyperspirantów

Przegląd antyperspirantów
Dzisiejszy post będzie nieco sportowy, jako że niedawno rozpoczęłam trzeci etap FitMisji. O tym czym jest to wyzwanie napiszę pod koniec wpisu, a na początek zapraszam Was do mini przeglądu antyperspirantów.
Dezodoranty zwane antyperspirantami tym różnią się od swoich zwykłych kolegów, że mają za zadanie zmniejszać wydzielanie potu i w ten sposób maskować brzydki zapachu. Ich działanie opiera się głównie na zawartości solu glinu, która jest w różnym stężeniu i w związku z tym mają one różną skuteczność. Oczywiście to w ogromnym uproszczeniu, bo gdyby tylko od tego  miała zależeć ich skuteczność to raczej nie mieliśmy, aż takiego wyboru ;-) Antyperspiranty występują w różnej postaci - w kulce, w sztyfcie, w sprayu czy też w kremie. Jako że staram się prowadzić raczej aktywny tryb życia, dość często sięgam po różne rodzaje tych kosmetyków. Prezentowane dzisiaj zestawienie to produkty których aktualnie używam lub używałam.
Rexona Motionsense biorythm spray zgodnie z opinią producenta uaktywnia swoje działanie w momencie stresu lub wysiłku oraz działa zgodnie z naszym biorytmem. Czy tak się dzieje trudno ocenić, ale oczywiście to głównie z tego powodu postanowiłam wypróbować akurat ten produkt. Dezodorant ma dość mocny zapach i jego aplikacja przy mało wywietrzonym pomieszczeniu nie jest zbyt przyjemna dla otoczenia. Ponad to użyty na podrażnioną skórę pod pachami będzie szczypał, a na ubraniach może zostawiać nieznaczne jasne ślady (choć widziałam gorsze plamy). Co do działania 48 godzinnego to jest to lekka przesada, zresztą nie wiem jak miałabym to sprawdzić skoro biorę prysznic? ;-)
Podobnie silny zapach posiada dezodorant fresh comfort z Nivei, który ma nam zapewnić "długotrwałą świeżość do 48 h". Ten antyperspirant kupiłam głównie z uwagi na jego zapach - tzn. cotton czyli bawełna. I jest on rzeczywiście ładny. Niestety sam dezodorant potwornie piecze nawet gdy nie mam podrażnionej skóry, więc zużywam go psikając na ubrania. Na szczęście nie zostawia na nich białych śladów, uff... Oba dezodoranty w sprayu są wygodne w używaniu, ale ich działanie nie jest raczej powalające i pot dalej się z nas leje zwłaszcza przy intensywnym wysiłku, stresującym dniu itp. Podsumowując jak dla mnie są to raczej zwyklaki na co dzień o dość przyjemnym ale intensywnym zapachu, który może się gryźć z perfumami (jeśli ich później używamy).
Mój pierwszy dezodorant NEO firmy Garnier kupiłam zaciekawiona jego inną formułą. Jest to dezodorant w kremie, który jednak aplikujemy - dzięki specjalnej nakrętce - bezpośrednio na skórę pod pachami. Dezodorant ma kremową, białą konsystencję, która nie zostawia śladów na ubraniu. Ma przyjemny, pudrowy zapach. Rzeczywiście, tak jak zapewnia producent, daje uczucie suchej skóry. Jeśli chodzi o jego skuteczność, to jest on dość niezły, choć zapewnienia o dwóch dobach bez potu są mocno przesadzone ;-) Ten kosmetyk jest bardzo wydajny, poprzednie opakowanie miałam ponad rok - zobaczymy jak będzie z obecnym. Jest to dobra alternatywa na skórę podrażnioną, gdyż kosmetyk ten nie wpływa na jej dodatkowe szczypanie. Jego skuteczność w minimalizowaniu produkcji potu jest większa, ale też nie maksymalna. Dużym plusem jest delikatne działanie dla skóry, choć podczas używania resztki kosmetyku zostają na nakrętce, z której sypie się przy każdym otwarciu opakowania.
Kolejnym produktem w dzisiejszym zestawieniu jest antyperspirant Bloker z firmy Ziaja. Kupiłam go po pozytywnych recenzjach znalezionych na internetowych blogach. Produkt ten swoje prawdziwe właściwości ujawnia dopiero po czasie regularnego stosowania w określony sposób. Na początku mamy nakładać go co 2-3 dni na oczyszczoną skórę pod pachami na noc. Następnie aplikujemy rano jedynie 1-2 razy w tygodniu. To genialny produkt dla zapominalskich, a jego działanie w minimalizowaniu pocenia się wydaje się być bardzo skuteczne. Przy tym wszystkim ma ładny, delikatny, kwiatowy zapach który szybko się ulatnia. Nie używałam na podrażniona skórę, bo producent wyraźnie przed tym przestrzega. Ale poza tym nie odczułam żadnego pieczenia czy dyskomfortu, jak czasami w przypadku tych w sprayu. Bloker z Ziaji okazał się dobrym produktem w niskiej cenie, w dodatku jego wydajność jest bardzo duża i aż nie wiem czy zdążę przed terminem ważności... ;-)
Ostatni produkt w dzisiejszym przeglądzie to antyperspirant w kulce Only Imagine z Avonu. Z wszystkich powyższych ten jest najtańszy (oczywiście kupowany w promocyjnej cenie 5 zł!). Jest to dezodorant pachnący identycznie jak perfumy o tej samej nazwie. Avon często tworzy linie produktów, aby można było wzmocnić wybrany przez nas zapach. Jeśli chodzi o działanie tego produktu to jego skuteczność w walce z potem jest minimalnie większa niż przedstawionych dzisiaj produktów w sprayu. Jednak zdecydowanie jest ona mniejsza niż dezodorantu w kremie, czy blokera. Kulka ładnie pachnie, trochę chroni, nie podrażnia skóry, niestety może powodować plamy na ubraniach zwłaszcza, gdy użyjemy jej zbyt obficie lub nie poczekamy z jej wyschnięciem. Jeśli mamy perfumy o tym samym zapachu, to z pewnością fajnie jest użyć tych produktów w duecie. Nie wiem tylko, czy mając kilka różnych butelek perfum zdecydowałabym się na zakup do każdej z nich kolejnej kulki.
Dzisiejszy przegląd pokazuje, że mimo wielu produktów zmniejszających potliwość problem pozostaje, a każdy z nich ma swoje zalety, ale też i wady. Może właśnie dlatego nie mogę obejść się z tylko jednym tego typu produktem jednocześnie? Wracając do tematu FitMisji - w klubie Fitness Academy, sieci do której należę, w kwietniu tego roku ruszyło wyzwanie polegające na zbieraniu pieczątek za każdy odbyty trening dziennie. Każdy etap FitMisji ma inną ilość pieczątek do zebrania oraz inny czas trwania - ma to nas zmobilizować do częstszych, regularnych treningów. Po zakończeniu każdego z etapów otrzymujemy nagrody gwarantowane, jak np. shaker, godzinę treningu personalnego, ręcznik, kubek termiczny, torbę sportową czy tygodniowy karnet, który możemy podarować przyjacielowi. Oprócz tego po zakończeniu każdego etapu bierzemy udział w losowaniu nagrody głównej - jednej z siedmiu wycieczek na Tajwan! *.* Muszę przyznać, że wygranie wycieczki będzie raczej mało prawdopodobne, ale sama formuła zbierania pieczątek oraz tych gwarantowanych prezentów na mnie podziałała bardzo mobilizująco i od rozpoczęcia zabawy staram się zaliczać kolejne etapy i uczęszczam do fitness klubu z o wiele większym zapałem. Pomysłodawcy tego wyzwania kupili mnie całkowicie! Bardziej aktywny tryb życia przekłada się m.in. na większe zainteresowanie takimi kosmetykami, jak te z dzisiejszego przeglądu. No i mamy powód dzisiejszego posta ;-) 

A wy używacie na co dzień antyperspirantów? Może znacie, któryś z tych dzisiaj wymienionych? A może macie swojego faworyta i chcecie zdradzić który to jest? Chętnie poczytam Wasze komentarze!  
 

niedziela, 24 września 2017

Szczotkowanie ciała na sucho

Szczotkowanie ciała na sucho
Skuszona promocją zakupiłam pewnego dnia w Rossmannie szczotkę do ciała. Planowałam wykorzystać ją pod prysznicem, jako wspomagacz przy pielęgnacji antycellulitowej. Jednak przed pierwszym użyciem natrafiłam w internecie na informacje na temat szczotkowania ciała na sucho. Przeczytałam z zainteresowaniem, obejrzałam kilka filmików i wiecie co? Odkryłam genialny sposób na pielęgnację i już nigdy nie użyłam tej szczotki na mokro!
Szczotkowanie na sucho nie jest zabiegiem wymagającym umiejętności, drogich preparatów, czy dużej ilości czasu. Jedyne co jest nam potrzebne to szczotka oraz chęci ;-) Szczotka powinna być wykonana z naturalnego włosia i być dość sztywna. Moja została zakupiona w Rossmannie za niecałe 10 zł. Oprócz włosia posiada też gumowe wypustki, a z drugiej strony wygodny uchwyt do trzymania. Jeśli planujecie szczotkować sobie plecy,a nie ma kto wam w tym pomóc, to zachęcam do zakupu szczotki z rączką. 
Jeśli chodzi o technikę szczotkowania ciała, to zasadniczo są one dwie. Jedna polega na "głaskaniu" ruchem do góry po prostej linii. Druga, to zataczanie małych kółeczek na skórze. Pamiętamy, aby nasze ruchy były ZAWSZE W KIERUNKU SERCA. Zaczynamy od stóp i kierujemy się do góry. Najpierw jedna noga (z każdej strony), później druga, pośladki, a następnie korpus. Brzuch możemy szczotkować ruchami od dołu do góry, a następnie zrobić na nim parę okrążeń szczotką. Pamiętamy, aby były one raczej zgodne z kierunkiem ruchów zegara. Po wyszczotkowaniu brzucha zabieramy się za ręce i barki oraz plecy i klatkę piersiową. Dalej trzymamy się zasady "w kierunku serca", więc klatkę piersiową szczotkujemy w dół. Oczywiście tutaj działamy bardzo delikatnie, a jeśli czujecie, że jest to dla was nieprzyjemne, to lepiej zrezygnować z tego odcinka niż czuć się źle. Ogólnie podczas całego zabiegu staramy się nie dociskać szczotką do skóry. Samo tarcie spowoduje już pożądane działanie, a masaż ma być dla nas przyjemny i orzeźwiający. Ja za pierwszym razem szczotkowałam swoje ciało okrężnymi ruchami, ale dość szybko przeszłam na technikę "głaskania", która moim zdaniem jest zdecydowanie szybsza, a jest to bardzo ważny aspekt rano ;-) Ciało najlepiej jest szczotkować codziennie rano, a po zabiegu skorzystać z prysznica. Jednak nawet jeśli nie zdążycie już schłodzić skóry ożywczym tuszem wodnym, mogę was zapewnić, że sam masaż pobudzi was lepiej niż mocna kawa!
Regularne szczotkowanie przyniesie wam wiele korzyści dla waszej skóry i samopoczucia. Skóra będzie miała ładniejszy odcień, będzie miękka i pozbawiona martwego naskórka. Zapomnicie o wrastających włoskach i szorstkich kolanach, czy łokciach. Skóra będzie też bardziej sprężysta i ujędrniona, a użyte później kosmetyki będą działały lepiej z uwagi na lepsze wnikanie wgłąb naskórka. Poranny pobudzający masaż jest bardzo przyjemny i pomaga milej rozpocząć dzień. Wiem, że niektóre osoby z braku czasu szczotkują ciało jedynie kilka razy w tygodniu. Uwierzcie mi jednak, że jeśli tylko uda się Wam robić to codziennie to efekty przyjdą bardzo szybko, a wy będziecie zaskoczone jak taki prosty zabieg może wiele zmienić. Co ważne szczotka nie niszczy się za szybko i jedyne o czym należałoby pamiętać, to żeby ją od czasu do czasu wyprać. Ja używam do tego szamponu dla dzieci, ale dość dobrze może się też przy tym sprawdzić olejek z Isany, czy mydło w płynie. 

Szczotkowanie ciała na sucho okazało się lepszą pielęgnacją niż się spodziewałam! Dzięki regularnemu złuszczaniu naskórka moja skóra stała się wyjątkowo miękka w dotyku i jakoś tak jakby rozświetlona od wewnątrz. Owszem regularne szczotkowanie przyczyniło się z pewnością do szybszej utraty mojej letniej opalenizny, ale nadrabiałam ten fakt balsamami brązującymi ;-) Szczotkowanie stało się moim codziennym rytuałem i nigdy nie przypuszczałabym, że zmieni tak wiele zarówno w kondycji mojej skóry, jak i samopoczucia. Poniżej wklejam wam link do filmiku, którym inspirowałam się przy nauce szczotkowania. Jest on co prawda w języku angielskim, ale myślę, że to zupełnie nie będzie przeszkadzało w jego odbiorze.


Gorąco zachęcam Was do wprowadzenia szczotkowania ciała na sucho do swojej pielęgnacji. A może już próbowałyście? Koniecznie podzielcie się opiniami w komentarzach ;-)   

niedziela, 3 września 2017

Letnia pielęgnacja ciała

Letnia pielęgnacja ciała
Latem odkrywamy nieco więcej naszego ciała i dlatego też większa uwagę zwracamy na jego pielęgnację. Więcej czasu spędzamy w ruchu i na świeżym powietrzu, przez co nasza skóra jest bardziej narażona na czynniki zewnętrzne. W jaki sposób dbałam tego lata o moją skórę? Dowiecie się z dalszej części tego posta, który jest siódmą częścią Wakacyjnego Poradnika Urodowego. 
W jednym z wcześniejszych postów pisałam Wam o tym, w jaki sposób dbam o skórę po opalaniu LINK. Wymieniłam tam produktu, z którymi przez całe lato nie rozstaję się i mam nadzieję, że przynajmniej niektóre z nich zagoszczą u mnie także i na chłodniejsze pory roku. Dzisiejszy post będzie zatem bardziej uzupełnieniem i pokażę Wam inne produkty do ciała, które zachwyciły mnie swoim działaniem i po które chętnie sięgam zwłaszcza u schyłku lata. Mimo, że kilka dni tegorocznych wakacji udało mi się spędzić nad przepięknym jeziorem, a pogoda bardzo nam dopisała, to moja opalenizna jest już niestety tylko wspomnieniem. Dlatego z ciekawością wypróbowałam kilka produktów, które obok właściwości pielęgnujących skórę mają za zadanie nieco ją przybrązowić. 
Sporo czasu spędzam ostatnio w fitness klubie, dlatego szczególnie cenę sobie produkty, których główną cechą jest wygoda stosowania. Taki właśnie jest balsam brązujący pod prysznic firmy Lirene. Po umyciu skóry pod prysznicem nakładamy do na całe ciało i czekamy około 3 min. Ponieważ w klubowej łazience nie ma zegara ja zazwyczaj liczę sobie w myślach do 180 ;-) Następnie spłukujemy skórę i wycieramy ręcznikiem. I - już! Balsam ma przepiękny zapach, wcale nie taki jak typowe samoopalacze. Bardzo dobrze nawilża też skórę. Uważam, że z powodzeniem można go używać zamiast normalnego balsamu w lecie w celu nawilżenia skóry. Jeśli chodzi o właściwości brązujące to są one delikatne. W miejscu, gdzie wcześniej chwyciło nas słoneczko pod wpływem balsamu opalenizna robi się jakby "świeższa" i widać różnicę. Jednak tam gdzie jesteśmy zupełnie białe efekt ten nie jest taki widoczny. Przyznaję jednak, że miałam problem z regularnym używaniem balsamu każdego dnia. Z pewnością ma to ogromne znaczenie przy ocenie właściwości brązujących. No i moje wersja balsamu jest przeznaczona do jasnej karnacji, stąd także działanie to może być słabsze.  Mimo to zakupiłam kolejne opakowanie tego balsamu. Dlaczego? Bo jest to świetny, przyjemny w użyciu balsam pod prysznic o ślicznym zapachu!
Zdecydowanie więcej opalenizny na mojej skórze zapewnił mi rozświetlający balsam do ciała 7 w 1 Satynowy blask firmy Avon (Skin so soft enchance & glow body lotion 7 in 1). Celowo podaję tutaj pełna nazwę tego produktu, gdyż jest jeszcze bardzo podobna wersja nadająca stopniową opaleniznę. Wersja, której używam jest do średniej karnacji, dlatego myślę efekt opalenizny jest u mnie znacznie bardziej widoczny. Balsam nakładam za pomocą rękawicy sunkissed. Rękawica ta służy do nakładania samoopalaczy i pomaga w uzyskaniu równomiernej warstwy produktu, bez przebarwień i smug. Balsam nadaje mojej skórze efekt lekko złocistej opalenizny, która wzmacnia się gdy używam go regularnie. Skóra ma ładny koloryt, wygląda zdrowiej i bardziej świeżo. Zapach nie jest już taki piękny jak balsamu Lirene, ale też można go znieść. Kosmetyk bardzo dobrze się wchłania, więc nie ma problemu z długim czekaniem i dość szybko możemy nakładać ubranie. Balsam zgodnie z opisem producenta zawiera ekstrakt z nasion amarantusa i olejek jojoba. Moja wersja to jeszcze stare opakowanie, obecnie w katalogu wygląda on nieco inaczej. Ja jestem z balsamu bardzo zadowolona, efekt brązujący jest ładny, ale nie rzucający się w oczy. Jednak trzeba pamiętać, że mam jasną karnację, więc u osób z ciemniejszym kolorem skóry może to wyglądać inaczej. 
Rękawica do nakładania samoopalacza o której wspominałam przy okazji opisu balsamu powyżej, to naprawdę świetny wynalazek! Nakładanie za jej pomocą balsamu brązującego czy samoopalacza jest o wiele wygodniejsze i łatwiejsze, a smugi czy nierównomierne pokrycie zdarzają się o wiele rzadziej. Moja rękawica "Sunkissed" jest rękawicą podwójną, co oznacza, że możemy jej używać z obu stron. Zakupiłam ją w hebe, ale z pewnością jest mnóstwo miejsc gdzie możemy spotkać różne wersje tego produktu. Rękawica jest mięciutka i bardzo przyjemnie się jej używa. Wygodniej też nałożyć samoopalacz na plecy, choć ja zazwyczaj proszę o pomoc narzeczonego ;-) Po użyciu rękawicę trzeba wyprać z resztek balsamu, aby nie utraciła swojej miękkości. Ja używam do tego celu zazwyczaj mydła w płynie. 
Tego lata obok różnego rodzaju produktów do ciała, o których pisałam w dzisiejszym poście, a także wspomnianym na wstępie (LINK) zaczęłam także szczotkować ciało za pomocą szczotki. Okazało się, że ten sposób pielęgnacji jest absolutnie G-E-N-I-A-L-N-Y i przygotowuję już posta na ten temat dla Was. Jedyny minus, że regularnie złuszczając swoją skórę pozbawiam się resztek opalenizny, ale nadrabiam to balsamami brązującymi ;-) 

A jak wygląda Wasza pielęgnacja ciała latem? Używałyście produktów o których dziś wspominałam, czy macie swoich innych ulubieńców? Zapraszam do podzielenia się opiniami w komentarzach! ;-)

Moje posty biorące udział w "Wakacyjnym Poradniku Urodowym":
- Ochrona przeciwsłoneczna - LINK
- Regeneracja skóry i włosów po opalaniu - LINK
- Letnia pielęgnacja stóp - LINK
- Letnia pielęgnacja dłoni i paznokci - LINK
- Ulubione letnie zapachy - LINK 
- Letnia pielęgnacja włosów - LINK



 

środa, 10 maja 2017

Wiosenny multimodeling - czyli konkurs firmy Ziaja

Wiosenny multimodeling - czyli konkurs firmy Ziaja
Dziś chciałam podzielić się z Wami recenzją produktów, które wygrałam w konkursie #wiosennymultimodeling na Instagramie. Konkurs organizowała firma Ziaja i moje zdjęcie z boiska do kosza znalazło się wśród wyróżnionych prac. Strasznie miła niespodzianka! Po kilku dniach otrzymałam przesyłkę z nagrodą - koszulką z napisem "Kocham Ziaję" w różnych językach oraz dwoma balsamami z linii Multi Modeling - rozgrzewającym i chłodzącym. Ponieważ niedawno wróciłam do regularnych treningów w fitness klubie nie mogłam wyobrazić sobie lepszego momentu na taką wygraną!




Przyznaję jednak, że sam moment rozpoczęcia testowania przeciągnęłam nieco w czasie. Miałam obawy, jak moja skóra zareaguje zwłaszcza na balsam o formule rozgrzewającej, ponieważ wcześniej miałam nieprzyjemne wspomnienia z tego typu produktem z innej firmy. Jednak na szczęście moje obawy okazały się nieuzasadnione.




Żel rozgrzewający Multi Modeling przeznaczony jest do stosowania przed rozpoczęciem ćwiczeń. Dzięki obecności kapsaicyny z papryczki cayenne ma za zadanie rozgrzać nasza skórę, a przez to przyczynić się do poprawy w niej mikrokrążenia i metabolizmu komórkowego. Poprzez te działanie żel przyczynia się do ujędrnienia skóry oraz jej wyszczuplenia. Zgodnie z zaleceniem żelem smarujemy skórę nóg, ud, pośladków i brzucha kierując się od łydek ku górze. Po użyciu kosmetyku należy umyć ręce, aby nie podrażniał on skóry dłoni i przedramion (i aby nie wetrzeć go sobie do oka itp). Efekt po nałożeniu żelu nie był zbyt mocny, uczucie rozgrzewania skóry było stopniowe, ale nie ostre co mi osobiście bardzo odpowiadało. Ćwiczyłam na siłowni nieco ponad godzinę i pod koniec prawie już nie czułam żadnego działania rozgrzewającego, choć dy przyłożyłam dłoń do skóry to czułam, że jest ona cieplejsza. Bardzo ucieszyłam się, że skóra po użyciu kosmetyku nie jest zaczerwieniona ani podrażniona, jak to miało miejsce z tym poprzednim. Na szczęście także nie piekły mnie dłonie, którymi nakładałam ten kosmetyk. 



Po zakończonych ćwiczeniach i prysznicu użyłam drugi do kompletu - żel chłodzący po ćwiczeniach Multi Modeling firmy Ziaja. Ten żel zawiera olejek z liści mięty, który ma za zadanie schłodzić naszą skórę. Oprócz tego kosmetyk ma za zadanie wyszczuplić nasze ciało oraz ujędrnić skórę i pomóc w pozbyciu się cellulitu. Jestem tą szczęściarą, że nie mam za dużych problemów z cellulitem, jednakże lubię produkty ujędrniające i wyszczuplające. Skóra jest po ich użyciu ładnie napięta i gładka w dotyku. Tak też było po użyciu żelu chłodzącego. Aż przyjemnie było ją dotknąć ;-) Niestety nie zauważyłam efektów chłodzenia. Myślałam, że może początkowo skóra była zbyt rozgrzana i nie poczułam różnicy, ale efektu nie było nawet po pewnym czasie. Szkoda, liczyłam na to działanie zwłaszcza gdy nadejdą w końcu upragnione letnie upały. 




Oba produkty w duecie sprawują się bardzo dobrze. Skóra jest po ich użyciu wyraźnie wygładzona, miękka i ujędrniona. Używam tych żeli przed i po treningach na siłowni kilka razy w tygodniu. Żel chłodzący mógłby jak dla mnie mocniej chłodzić, ale poza tym nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. Ponieważ każdy z tych produktów ma dość duże opakowanie - bo aż 270 ml, rozważam przełożenie mniejszej ilości do małych buteleczek i używanie takiej mniejszej wersji z uwagi na wiecznie zbyt ciężką torbę sportową. A wy używałyście tych produktów? A może macie doświadczenie z innym kosmetykami linii Multi Modeling firmy Ziaja? 

wtorek, 18 kwietnia 2017

FIT kosmetyki, czyli co do torby na siłownię?

FIT kosmetyki, czyli co do torby na siłownię?
Moja przygoda z fitnessem rozpoczęła się już jakiś czas temu. Cały zeszłoroczny sezon jesienno-zimowy regularnie chodziłam na treningi na siłowni, które ułożył mi trener. I dwa lata temu też. Nie były to jakieś wydumane treningi, za które musiałabym zapłacić krocie. Raczej ogólny plan i propozycje, żebym będąc na miejscu wiedziała co ze sobą zrobić, a przy okazji budowała kondycję i wytrzymałość. Najtrudniejsza w tej całej przygodzie jest oczywiście REGULARNOŚĆ i SYSTEMATYCZNOŚĆ. Dlatego bardzo dbałam o to, aby nie opuszczać ani jednego zaplanowanego wyjścia, bo wystarczy jedna luka i już cała determinacja spadała na łeb na szyję. A tygodniowa przerwa = powrót do kondycji sprzed rozpoczęcia treningów. Czyli poziom zero... Ale wracając do tematu, bo nie o siłkowych perypetiach chciałam tutaj dzisiaj pisać, to niezmiernie ważne w moim przypadku okazują się "rytuały" towarzyszące treningom. Jak to zazwyczaj powtarzam "Z treningów najbardziej lubię prysznic po". Do fitness klubu chodzę zazwyczaj od razu po pracy. Jak wiadomo taka sportowa torba jest zawsze wielka i ciężka, dlatego każdy sposób na ograniczenie jej wielkości jest na wagę złota. Stąd większość moich "fitnessowych" kosmetyków ma mniejsze pojemności i to jest ich największą zaletą. Zapraszam na przegląd kosmetyków, które zabieram do mojej sportowej torby.

Przychodząc na ćwiczenia po pracy zaczynam od zmycia z twarzy makijażu. Dobrze wiem, że za chwilę i tak będę tak spocona że wszystko spłynie ze mnie, więc po co stwarzać pozory? Na siłowni, w odróżnieniu od sali fitness gdzie czasami można poczuć się jak na pokazie mody czy dyskotece, ludzie są jakoś bardziej "naturalni" i szybko oduczyłam się przejmować brakiem makijażu czy potarganą fryzurą. Do demakijażu używam zazwyczaj nasączanych chusteczek. Ostatnio są to chusteczki do demakijażu firmy Cień, które zakupiłam w Lidlu w promocji za Dzień Kobiet za niecałe 3 złote ;D Opakowanie zawiera 25 chusteczek i jest zamykane na zatrzask-naklejkę. Same chusteczki są nawilżone olejkiem migdałowym z witaminą E i alantoiną. Chusteczki rzeczywiście dobrze oczyszczają i zmywają makijaż, ale trzeba przyznać, że mój codzienny makijaż nie jest zbyt mocny. Chusteczki przyjemnie pachną i są dość wilgotne. Ich zapach jest podobny do tych z Nivea. 


Po ćwiczeniach zazwyczaj jestem tam spocona, że nie ma mowy o wyjściu w takim stanie pomiędzy ludzi cywilizowanych. Pora więc na prysznic, który rozpoczynam od przemycia twarzy oczyszczającym żelem Reve de Miel firmy NUXE. Jest to jeden z miniproduktów, jakie zakupiłam w zestawie w cenie około 30 zł. Żel oczyszczający Reve de Miel posiada roślinną bazę myjącą, dzięki czemu jest produktem bardzo delikatnym, który z powodzeniem mogą stosować nawet osoby o wrażliwej cerze. Nie wysusza, nie podrażnia skóry, nawilża ją i dobrze oczyszcza z resztek makijażu i zabrudzeń. W konsystencji jest nieco gęściejszy niż "normalny" żel, dodatkowo zawiera delikatne drobinki. Używając go zauważymy też nieco mniejszą ilość piany. Reve de Miel przepięknie pachnie miodowym zapachem. Zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo i wpływa kojąco i uspokajająco. Żel odświeża skórę i przygotowuje ją do kolejnych zabiegów, kremów itp. Jest bardzo wydajny - okazało się, że nawet miniaturowe opakowanie może posłużyć mi bardzo długo. Pełnowartościowy produkt ma butelkę z pompką.


Pod prysznicem sięgam po miniaturki The Body Shop. Na zdjęciu od lewej peeling, masło oraz żel pod prysznic o zapachu RÓŻOWEGO GRAPEFRUITA. Peeling jest gruboziarnisty, dobrze ściera naskórek, nie pieni się. Masło jest gęste i bardzo odżywcze. Natomiast żel doskonale oczyszcza skórę, dobrze się pieni i pozostawia uczuci nawilżenia. Cała linia dzięki intensywnemu zapachowi cytrusów wprawia w dobry nastrój i dodaje sił na powrót do domu. Zapach jest orzeźwiający i bardzo soczysty - aż chciałoby się zjeść te produkty. Bardzo lubię miniaturki z TBS, a zapach różowego grapefruita należy do moich ulubionych. 


Przed wyjściem do domu na twarz obowiązkowo nakładam jeszcze krem, ponieważ moje skóra źle reaguje na słońce, wiatr, zimno, gorąco, kurz itp. Żeby nie obciążać zmęczonej wysiłkiem skóry używałam ostatnio lekkiego kremu odżywczego Nivea Soft w miniwersji. Krem ten jednak mi się skończył i aktualnie zużywałam próbki różnych kremów, które miałam w zapasach. Na koniec delikatnie spryskuję się wodą toaletową Sport for Her Vitality z firmy Avon. Jest to zapach świeży, cytrusowo-kwiatowo-owocowy, w którym zgodnie z opisem producenta odnajdziemy cytrynę, zielone jabłko i lilię wodną. Woda nie jest bardzo trwała, ale ma łagodny i nienachalny zapach. Mała buteleczka (50 ml) o prostym kształcie mieści się do torby, a ja czuję się od razu pachnąca. Zapach kojarzy mi się z zapachem różowego Adidas sport.


Oto moi sprzymierzeńcy w wycieczkach na siłownię ;-) Oczywiście skład tych kosmetycznych "pocieszaczy" może się nieco zmieniać, np. wtedy gdy zdecyduję się na umycie głowy w łazience klubowej (co zdarza się rzadko, bo wolę jednak w domu), lub gdy chce np. skorzystać z sauny. Jednak wymienione wyżej produkty towarzyszą mi najczęściej, pomagają szybciej zregenerować się po wysiłku i zwiększają mój komfort. A Wy uprawiacie regularnie sport? Macie swoje ulubione kosmetyki "fitnessowe"? 
Copyright © Nostami blog , Blogger