Przejdź do głównej zawartości

Denko, czyli zużycia kosmetyczne WRZESIEŃ 2019

Co najskuteczniej motywuje mnie do pisania postów typu "denko"? Coraz większa sterta kolejnych pustych opakowań, które pojawiają się wraz z nowym miesiącem. I zawsze mam wrażenie, że najwięcej zużyć mam na przełomie miesięcy! Zapraszam na wrześniowe zużycia kosmetyczne i garść minirecenzji. 
My, blogerki beauty zawsze mamy problem z za dużą ilością kosmetyków :D Większy niż "statystycznie" dostęp do informacji o nowych kosmetykach sprawia, że mimo iż cały czas coś testujemy i używamy, to i tak co i rusz przybywa nam coś nowego. Dlatego dużą popularnością cieszą się wśród nas wszelkie wyzwania wspierające nas w zużywaniu produktów, bo jak wiadomo nawet najlepszy kosmetyk postawiony na półce sam z siebie jakoś nie chce działać! :-) Parę dni temu ruszyło wyzwanie na profilu Instagramowym @pracujewdrogerii, którego hasłem-hasztagiem jest #wykończmynadstany. Jeśli potrzebujecie motywacyjnego kopniaka, to polecam zajrzeć. A ja tymczasem rozprawię się w tematem mojego aktualnego denko. 
DO CIAŁA
- szampon Purete oczyszczający do włosów przetłuszczających, Yves Rocher - miał śliczny ziołowych zapach, który utrzymywał się dość długo na włosach. Dobrze oczyszczał skórę głowy, a więcej na jego temat przeczytacie w poście o letniej pielęgnacji włosów (LINK)
- żel pod prysznic Senses California Glow, Avon - to moje pocieszenie na powakacyjną depresję. Żel miał energetyzującą, pomarańczową barwę i wspaniały, słodki zapach, w którym doszukałam się różowego grejpfruta i kwiatu frangipani. Konsystencja była dość lejąca, co niestety nie wpłynęło na wydajność kosmetyku. Żel dobrze się pienił i zmywał skórę nie wysuszając jej i nie podrażniając. To bardzo przyjemny produkt, umilający kąpiel i przypominający o słodkim, słonecznym, wakacyjnym lenistwie. Opakowanie 250 ml wystarczyło u mnie na około 4 tygodnie, a dzięki wygodnemu zamknięciu zużyłam kosmetyk do ostatniej kropli. California Glow to wersja limitowana i nie jest obecnie dostępna w sprzedaży.
- żel pod prysznic "Lizak Tęczowy", Dushka - kolorowy, tęczowy żel, który nie był za bardzo wydajny, ale wybaczam mu wszystko :) Pisałam o nim całkiem sporo w ostatnim poście o kosmetykach tej marki (LINK). Ta seria to także limitka.
- BIO olejek do ciała, Kneipp - jest zamknięty w buteleczce z 20 ml kosmetyku, niech Was to jednak nie zwiedzie, bo jest to szalenie wydajny produkt. Kosmetyk zawiera naturalne olejki - olejek z grejpfruta, krokosza barwierskiego i oliwę z oliwek. To dzięki temu pierwszemu olejkowi produkt ma wręcz uzależniający, przepiękny, cytrusowy zapach, który uwielbiam . Olejek szybko wchłaniał się w skórę, a po chwili nie pozostawiał na niej oleistej warstwy. Dobrze radził sobie nie tylko ze skórą z bliznami, ale też z wysuszonymi łokciami i kolanami, czy zrogowaciałym naskórkiem. Zużyłam go w porze roku, gdy nie cierpię olejków na skórze i udało się. Nie wiem czy wrócę, jeśli tak to raczej w zimniejszych miesiącach. 
- micelarny krem myjący Low Shampoo Advance Techniques, Avon - pisałam o nim także przy letniej pielęgnacji włosów (LINK) i nadal jest to zdecydowanie mój faworyt wśród szamponów. I choć używam go zamiennie z innymi produktami, to nikt tak jak on nie sprawia, że moje włosy odżywają i ładnie się układają.
- mgiełka zapachowa Hello Kitty, Avon - jeśli obserwujecie mojego bloga odpowiednio długo, to wiecie, że zużywanie zapachów idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa. Mimo codziennego stosowania mam wrażenie, że zapasy nigdy mi się nie skończą! We wrześniu na Dress Cloud motywowałyśmy się do zużywania zapachów i no cóż mój wynik może i nie wygląda imponująco, ale i tak jestem z siebie mega dumna :D Mgiełka miała słodki, dziewczęcy zapach i co bardzo ważne nie podrażniała mi skóry. Nigdy, nawet gdy miałam tą skórę spaloną słońcem czy podrażnioną po depilacji. I to była największa zaleta tego produktu, bo trwałość nie należała do największych, ale jakby na to nie patrzeć był do kosmetyk dla dzieci. Powrotu nie planuję, bo mam jeszcze sporo innych mgiełek, a tej wersji zapachowej już i tak nie ma w sprzedaży. 
- leczniczy puder do rozpylania, Daktarin - to właściwie produkt leczniczy, ale od czasu do czasu chcę Wam o nim wspomnieć. Jest to po prostu "must have" dla wszystkich, którzy często korzystają z basenów, saun, siłowni, wyjeżdżają do hoteli i dbają o ochronę przeciwgrzybiczną swoich stóp! Puder ma formułę sprayu, po spryskaniu skóry zamienia się w biały talk, który chroni nas przed bakteriami, nadmierną potliwością i częściowo też brzydkim zapachem. Mega wygodny i skuteczny produkt - znajdziecie go w aptekach. 
DO TWARZY
- mydło w kostce Werbena i Limonka, Green Pharmacy - wkradł mi się tu jeszcze kosmetyk przeznaczony bardziej do ciała niż twarzy, a mianowicie mydełko w kostce. Zapach miało bardzo świeży, cytrusowy i do tego dość intensywny. nie wysuszało skóry dłoni, a jedynie pod koniec używania dość mocno się kruszyło i rozpadało. Dlatego nie spotkamy się więcej myślę. 
- plasterki na wypryski, ISANA - od kiedy odkryłam ten produkt dzięki koleżance w wakacje to zużywam kolejne opakowania! To chyba mocna rekomendacja z mojej strony? Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tego posta (LINK), a ja oczywiście zaopatrzyłam się w kolejne opakowanie. 
- maska oczyszczająca Urban Skin Detox, Nivea - szybko działająca maseczka, która dość dobrze oczyszczała moją skórę, a że było to moje drugie opakowanie, to jak widać polubiłyśmy się :-) Pisałam o niej szeroka recenzję w poście o obu maskach z linii Essentials Nivea (LINK) i drugą maseczkę z tej serii też mam w planach niebawem zużyć. Chwilowo nie planuje powrotu, bo masek w tubkach mam bardzo dużo. Zresztą może w tym miesiącu pochwalę się częścią z nich we wpisie, kto wie? 
- mineralny peeling gommage 2 w 1, Biotaniqe - łączy w sobie działanie enzymatyczne i mechaniczne. Enzym z papai delikatnie i dogłębnie rozpuszcza martwe komórki, z kolei mikrodrobinki krzemowe działają ścierająco i powierzchniowo wygładzając skórę i usuwając zanieczyszczenia. Peeling zawiera także wyciąg z peonii i glinkę kaolin, która absorbuje nadmiar sebum i oczyszcza pory. Produkt ma konsystencję pasty z wyraźnie widocznymi drobinkami ścierającymi. Jest biały i ma neutralny, delikatny zapach. Początkowo sceptycznie podchodziłam do tego kosmetyku, bo nie podobało mi się jego działanie kiedy używałam go jak typowy peeling - czyli na zwilżoną skórę i pocierając. Przy takim używaniu pozostawiał on bowiem warstwę okluzyjną, która mnie irytowała. Jednak doczytałam na odwrocie, że kosmetyk ten możemy stosować w formie maski - nakładając na skórę i po około 10 minutach zmywając. Postanowiłam dać mu jeszcze szansę i okazało się, że nagle zaczął działać super!  Skóra po użyciu tego peelingu jest wyraźnie mocno oczyszczona, ale nie wysuszona. Często używam tego kosmetyku przed nałożeniem masek, aby wzmocnić ich działanie. Mam w zapasach trochę peelingów, więc powrotu nie planuję. Jednak jeśli szukacie czegoś o takim działaniu, to polecam przyjrzeć mu się bliżej :)
- emulsja D.S., Uriage - lekka, bezzapachowa emulsja, która należała do mojego narzeczonego. Czasami podbierałam mu ją do pielęgnacji skóry po depilacji (więc w sumie do ciała!) :D Bardzo szybko się wchłaniała i była ultradelikatna. Kosmetyk przeznaczony jest zasadniczo do skóry atopowej. 
- serum Power 10 Formula VB Effector, It's skin - bardzo wydajne serum do cery tłustej i mieszanej okazało się przyjemnym kosmetykiem. Pisałam o nim w poście o mojej pielęgnacji (LINK). Aktualnie używam innych boosterów, ale być może kiedyś powrócę do tych marki It's Skin. Choć pewnie znów będzie problem z wyborem ;-) (chciałabym wszystkie^^)
- punktor do stosowania miejscowego, Rable - kosmetyk na bazie glinki o ładnym, eukaliptusowym zapachu i niebieskiej barwie. Kupiłam go na Targach Kosmetyków Naturalnych, niestety kompletnie nie radził on sobie z tym do czego był przeznaczony, czyli z walką z krostami. Owszem łagodził pieczenie, swędzenie i koił, ale nie zauważyłam aby dzięki niemu niedoskonałości szybciej się goiły. Szkoda, bo zapowiadał się fajnie :/
- olejek z drzewa herbacianego, PPHU KEJ - olejek o uniwersalnym zastosowaniu bakteriobójczym. W chwilach "grozy" smarowałam nim profilaktycznie stopy między palcami, czy zmiany trądzikowe. Najbardziej jestem dumna z tego, że zużyłam go przed końcówką daty produkcji, co w przypadku olejków zdarza mi się rzadko :D Kupię kolejny z pewnością, nie wiem czy tej marki, czy innej ale ich działanie jest dość podobne. 
PRÓBKI
Z czterech zużytych przez mnie próbek kremów na uwagę zasługuje Sleep Potion Distillery od Avon. Jest to nowa linia kosmetyków tej marki, którą wyróżniać ma brak składników pochodzenia zwierzęcego, brak alkoholu, brak filtrów chemicznych, brak olejów mineralnych i brak substancji zapachowych. Produkty mają być ekologiczne, skoncentrowane i wegańskie. Sleep Potion to eliksir na noc, przypominający konsystencją nieco gęstszy booster. Ładnie nawilżył moją skórę, choć po jednorazowej aplikacji nie za wiele można na temat produktu powiedzieć. Jak dla mnie mógłby jednak pachnieć. Nawet tak jak kwiatowy krem Japan Rituals z AA, albo Royal Velvet z Oriflame. Ten ostatni zachwycił mnie też swoją puszystą konsystencją i bardzo szybkim wchłanianiem się. Z całej czwórki najsłabiej wypadł Nutri Advance Anew z Avonu, choć także i on miło otulił moją skórę i przygotował na zmagania całego dnia. 
MASECZKI W PŁACHCIE
- maska w płachcie odmładzająca Carnival, Muju - Esencja maseczki zawiera ekstrakty z borówki, czarnej porzeczki oraz miodu, które mają za zadanie wygładzić i ujędrnić skórę, sprawiając że będzie ona wyglądała młodziej. Płachta wykonana jest z delikatnej tkaniny, dzięki czemu idealnie dopasowała się do kształtu mojej twarzy. Esencji było sporo i płachta była dobrze nasączona. Maska posiada nadruk karnawałowej maski na płachcie i stąd pewnie inspiracja do jej nazwy. Esencja ma ładny, perfumeryjny zapach, dość intensywny. Po nałożeniu na skórę maska bardzo przyjemnie chłodziła skórę podczas całej 20 minutowej aplikacji. Po zdjęciu płachty esencja wchłonęła się w skórę całkowicie. Moja skóra bardzo dobrze zareagowała na maskę Carnival - skóra wyglądała na nawilżoną, promienną i wygładzoną. Bardzo spodobało mi się to, że skóra pod oczami wyglądała znacznie lepiej niż rano! 
- maseczka wygładzająca z miodem manuka, Lanocreme - we wnętrzu opakowania znajdowała się złożona płachta nasączona esencją, która była umieszczona na dodatkowej plastykowej płachcie. Przed użyciem maski trzeba było je oddzielić i nałożyć oczywiście tylko tą bardziej "miękką". Płachta wykonana była z trochę grubszego materiału i była bardzo dobrze nasączona. Miała też nieco więcej materiału na czoło, dzięki czemu mogłam w końcu nałożyć ją "głębiej" :D Maska przepięknie i dość intensywnie pachniała miodem. W trakcie aplikacji czułam wyraźne chłodzenie skóry. Zgodnie z zaleceniem producenta maskę trzymałam na twarzy około 10 minut. Tuż po zdjęciu płachty skóra wyglądała naprawdę WOW - była rozjaśniona, gładka, ładnie nawilżona i delikatna w dotyku. Po wyschnięciu pozostałości esencji wyczułam na skórze delikatny filtr kiedy dotykałam jej palcami, ale ponieważ i tak kładłam się spać, to nie przejmowałam się tym, tylko dołożyłam krem. Rano moja skóra nadal wyglądała na odmłodzoną i rozjaśnioną, była też delikatniejsza w dotyku.
 - maska Clay Sheet Mask, Mascot Europe (czyli ze sklepu Action) - to maska w płachcie nasączona glinką kaolin. Płachta składa się z dwóch części, z których każdą nakładamy na twarz osobno. Mało tego - obie części są zabezpieczone folią z dwóch stron! Czyli tak: wyjmujemy z opakowania dwa kawałki, po rozprostowaniu jednego ściągamy z niego jedną z folii (wygodniej tą przeźroczystą), następnie przykładamy maskę do twarzy tą stroną gdzie jest wyraźnie dużo glinki i po przyłożeniu odklejamy drugą, sztywną, białą część zabezpieczającą. Następnie to samo robimy z dolną partią maski. Uff!...
Płachta nie jest mocno nasączona, zresztą ona jest pokryta glinką więc to trochę inny rodzaj "nasączenia". Pachnie zupełnie jak glinka, jedynie nie zastyga tak "na sucho" bo ciągle czujemy jednak że jest to płachta. Obie części udało mi się dość dobrze dopasować i podczas aplikacji nie przesuwały się, ani nie odklejały. Maskę trzymamy na twarzy około 10 minut. Po zdjęciu płachty i zmyciu pozostałości glinki skóra jest delikatnie oczyszczona, jednak wydaje mi się, że przy normalnych glinkach efekt jest mocniejszy. Poza tym mam mieszane uczucia - czy to w końcu maska w płachcie, czy glinka? Sądziłam, że może nieco mniej jest roboty przy niej niż przy glince, ale odklejanie tych warstw brudzi podobnie, a jednak efekt jest słabszy. No i przeraziła mnie ilość śmieci po jednorazowej aplikacji... Podsumowując - jak za maseczkę, która kosztowała niecałe 3 złote naprawdę nie ma co marudzić. Miło było ją wypróbować, ale nie planuję do niej wracać.
- Hydrogel lip mask oraz Gold Lip Mask, Mascot Europe - obie maski w działaniu były do siebie dość podobne, może z drobną przewagą na korzyść tej złotej. Dlatego postanowiłam opisać je razem. Maseczka ma postać przeźroczystego, silikonowego płatka, który nakładamy na usta i dokładnie dociskamy. Płachta znajduje się na plastykowej tacce i była dość dobrze nasączona esencją. Podczas aplikacji czuć delikatne chłodzenie skóry, nie tylko na ustach ale wszędzie tam gdzie dotyka część żelowa. Maseczkę należy pozostawić na skórze do 15 minut i chyba w tym czasie najlepiej leżeć, bo cały czas miałam wrażenie, że mi ten płatek spłynie z ust.Po maseczce skóra na moich ustach była trochę gładsza i bardziej nawilżona, ale szczerze mówiąc spodziewałam się większego efektu. A przynajmniej większy efekt robiły u mnie maski innych marek. Na WIELKI MINUS ogromna ilość plastiku!!! Maseczka żelowa, na plastikowej tacce, przełożona plastikowym papierkiem, we wnętrzu plastikowej torebki. Zaspokoiłam moja ciekawość, ale serce nie pozwala mi na kupowanie więcej tego produktu. 
- wygładzająca maska do twarzy w płachcie Greek Seas Planet Spa, Avon - to czwarta maska tego typu w tej serii. Wewnątrz plastikowego opakowania o turkusowym kolorze znajdziemy dość grubą płachtę nasączoną esencją. Płachta ma jakby dwie części i totalnie źle skrojone jak dla mnie otwory na oczy i usta. Próbowałam na rożne strony, ale nie udało mi się jej komfortowo dopasować i przez to podczas aplikacji ciągle mnie gdzieś coś uwierało. Maska miała śliczny zapach, taki sam jak cała linia z ekstraktem z alg greckich. Esencja miała za zadanie wygładzenie i nawilżenie skóry. Maskę aplikowałam na 15 min podczas których czułam delikatne chłodzenie. Po zdjęciu płachty skóra wyglądała na odświeżoną, niestety dość szybko zaczęła mnie szczypać i piec. To nieprzyjemne uczucie trwało jakiś czas, na szczęście jednak minęło, a skora nie była zaczerwieniona, ani podrażniona. Niestety nie zauważyłam większych efektów działania maski poza delikatnym nawilżeniem i odświeżeniem skóry. Dodatkowo źle skrojona płachta i szczypanie kompletnie mnie do niej zniechęciły. A szkoda, inne wersje masek Planet Spa wspominam jakoś milej! Zresztą TUTAJ post o pozostałych maskach tej serii.
MAKIJAŻ I PRÓBKI
Do mojego denko trafia znów trochę bardzo starych kosmetyków do makijażu. Wśród nich dwie próbki bronzerów, których nawet nie sprawdziłam (ale i tak były bardzo ciemne!) oraz sporo produktów do ust. Z pielęgnacyjnych jest tutaj poziomkowy balsam do ust z Evree oraz kakaowe masełko Care z Avonu. Wyrzucam także trzy błyszczyki, w tym jeden śliczny złoty ze Smashbox'a oraz pomadkę Luxe z Avonu. Próbki podkładu Power Stay pomogły mi znaleźć swój idealny odcień tego produktu, można więc powiedzieć że zużyłam je z korzyścią!  
Zużyłam też próbkę bananowej maski Hair Food Fructis z Garniera i bardzo mi się podobała, chociaż nie przepadam za zapachem bananów i myślę, że jeśli będę ja kupowała to raczej w innej wersji. Testowałam też maseczkę wzmacniającą z sokiem z aloesu marki Cien i była całkiem OK. W moim przypadku maski do włosów albo działają, albo nie - pośrednich opcji nie ma. Saszetka Cien była jednak dla mnie nieco mała i gdybym wiedziała o tym wcześniej, to kupiłabym dwa opakowania od razu. A może ja nadużywam masek do włosów? Jak to jest z Wami? Wystarczają Wam takie próbki-saszetki? Czy też macie z tym problem? Pochwalcie się też swoimi zużyciami kosmetycznymi września w komentarzach. Grunt to wzajemna motywacja! :)

Komentarze

  1. Mi niestety we wrześniu poszło kiepsko, liczę że październik będzie lepszy. Tobie poszło świetnie, znam kilka z tych kosmetyków. Najbardziej zainteresował mnie ten tęczowy żel pod prysznic. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz o nim poczytać w poprzednim poście ;) Ja co miesiąc mam nadzieję, że kolejne denko będzie lepsze od poprzedniego, ale wiadomo, że nie da się tak cały czas ;-)

      Usuń
  2. Sporo ciekawych rzeczy. Ja raczej nie mam problemu z nadstanami, bo staram się wykańczać, a dopiero potem kupowac nowe i nawet mi się to udaje ;)
    Chętnie wypróbowałabym mineralny peeling Biotaniqe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym tak umieć, niestety tyle fajnych kosmetyków kusi że jest to trudne :D

      Usuń
  3. Znam produkty od Avon:) Żele pod prysznic bardzo lubię, są mega kremowe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też je lubię i dlatego często goszczą w moich denkach ;-) Jeszcze nigdy mnie nie zawiodły!

      Usuń
  4. Mi też zazwyczaj wszystko kończy się pod koniec miesiąca :D Prawie niczego nie znam z Twojego denka, ale kojarzę żel Dushka z Twojego ostatniego wpisu :) Znam jedynie maskę bananową Garnier (mam w dużym opakowaniu) i jest spoko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jednie użyłam jej jednorazowo, więc nie wiem jak sprawdziłaby się na dłużej. Kusi mnie, to prawda, ale jednak inny zapach bo ten banan mi jakoś nie podchodzi za bardzo :D Jest przyjemny, no ale nie ;-)

      Usuń
  5. Trochę Ci się tego nazbierało..Ja nie mogę się zmotywować do składowania pustych opakowań...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już się przyzwyczaiłam no i udało mi się umiejscowić pudełko na te opakowania na szafie, gdzie nikomu nie przeszkadza. Chociaż czasami jak się prawie z niego wysypuje to mnie irytuje ;D

      Usuń
  6. ogromne denko! Znam tylko maskę z Nivea. U mnie denko standardowe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, też czasami tak mam że oglądam serio wieelkieee denka dziewczyn i nic nie znam xD A człowiekowi się wydaje, że już tyyyle zna kosmetyków ;-)

      Usuń
  7. No no rzeczywiście pokaźne zużycia :) Tym razem znam jedynie peeling Biotaniqe i nie spodobał mi się za bardzo, był taki.. nijaki :P Maska garniera mnie kusi - teraz mam goji, ale chcę ogólnie wypróbować wszystkie, no może oprócz macadamia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A używałaś peelingu jak maski? Bo u mnie to mega zmieniło działanie na plus :D Ja macadami tez chyba nie chcę, generalnie najbardziej mnie kusi papaja albo właśnie goja ;-)

      Usuń
  8. Znam maseczkę do twarzy z Urban Skin i maskę w płachcie Carnival :) Spore te denko :) Ja się właśnie muszę zabrać za napisanie posta z denkiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekam na Twoje zużycia! ;-) Może znajdę tam też coś co znam? ;-)

      Usuń
  9. No ja denko daję co 2 mc ale tym razem mam mało produktów jak na mnie. W sumie mam co raz mniej kosmetyków z czego się cieszę. Znam maseczkę z Nivea ale jakoś srednio mi podpasowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka osób mi już też mówiło, że ta maska miała jak dla nich zbyt ostry zapach. U mnie na szczęście było okej, chociaż też czasami niektóre zapachy mnie podrażniają...

      Usuń
  10. Maski czy odzywki do włosów w takich małych saszetkach wystarczają mi zazwyczaj na 2 użycia, a włosy sięgają mi do zapięcia biustonosza, więc nie wiem, jak ty to robisz, że ci ich nie wystarcza na raz :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może ja ich za dużo nakładam? :D Generalnie strasznie lubię jak mi się włosy robią takie aż śliskie od maski i rzeczywiście nie żałuję sobie kosmetyku ;-) No i mam puszące się, falowane włosy więc może mi gdzieś wypijają te maski w czasie nakładania i dlatego mam wrażenie, że nic nie nałożyłam? :P

      Usuń
  11. Najbardziej kusi mnie oczywiście tęczowa seria :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo lubię szampony do włosów Yves Rocher, a właściwie odżywki też :D kosmetykó Dushki jestem wciąż bardzo ciekawa. Spore denko Ci się uzbierało!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie używałam odzywek do włosów z YR, widzę że powinnam nadrobić ;-)

      Usuń
  13. Haha, no naprawdę wybrać serum z oferty It's Skin to nie lada sztuka :D :D :D. Ja... do dziś się na żadne nie zdecydowałam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po przetestowaniu zielonego mam ochotę na kolejne ale hmm nie wiem jakie :D :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Witaj, chcesz skomentować? To super! Uwielbiam czytać Wasze komentarze ;-)

Popularne posty z tego bloga

Recenzja: Nawadniająco - liftingujący krem do twarzy SupremeLAB Bielenda Professional

Już od jakiegoś czasu kusiły mnie kosmetyki z linii Bielenda Professional. Marką tą objęte są produkty przeznaczone do użytku w gabinetach kosmetycznych, jednakże od jakiegoś czasu sukcesywnie dołączają do niej także kosmetyki do użytku "domowego", także jako przedłużenie trwałości profesjonalnych zabiegów kosmetycznych. Musicie przyznać, że już w samej nazwie czuje się ten prestiż i profesjonalizm, nic więc dziwnego, że tak bardzo zapragnęłam je przetestować. Mój wybór padł na nawadniająco-liftingujący krem do twarzy z kwasem hialuronowym, który szczęśliwie udało mi się dostać w jednej z drogerii Hebe i to w promocyjnej cenie! Szczęśliwie, ponieważ wcześniej już widziałam informację na Instagramie, że firma wprowadza markę do tych drogerii, a mimo to nigdzie nie mogłam ich znaleźć.  Kremy z linii SupremeLAB zawierają wyższe stężenia składników aktywnych, niż ich drogeryjne odpowiedniki. Nawadniająco-liftingujący krem do twarzy posiada technologię HYDRA-HYAL2 odpowiedzialną za…

Recenzja: maseczki Smoothie Mask Bielenda

Firma Bielenda co rusz zaskakuje nas zupełnie nowymi kosmetykami, które kuszą swoimi formułami i opakowaniami. Całkiem niedawno pojawiły się w Rossmanach dwie serie nowych masek tej firmy - Skin Shot oraz Smoothie Mask. Pomimo ogromnych zapasów maseczek do twarzy postanowiłam kupić i przetestować serię Smoothie i dziś zapraszam Was na ich recenzje.  Owocowe maseczki Smoothie Bielenda zamknięte są w opakowaniu - saszetce, która kształtem przypomina butelkę koktajlu. Każda z nich ma pojemność 10 gram i jest przeznaczona na dwa użycia. Pomimo moich obaw rzeczywiście kosmetyku wystarcza na dwa razy i jest to odpowiednia ilość. Saszetki są w miejscu szyjki butelki nacięte i nie ma problemu z ich otworzeniem. Wszystkie maseczki z linii Smoothie prócz owocowych ekstraktów zawierają prebiotyk, który ma za zadanie wzmacniać barierę ochronną skóry na działanie niekorzystnych czynników oraz wspomagać jej regenerację.  Prebiotyczna maseczka detoksykująca z brzoskwinią i papają Smoothie Mask Jako pie…

Mat czy błysk? - nowe szminki w płynie od Avon

Czym uszczęśliwić kobietę? Na przykład nową szminką. A jak sprawić aby poziom szczęścia sięgnął sufitu? Dać jej do przetestowania sześć kolejnych! Zapraszam na przegląd szminek w płynie linii Mark od Avon. Przyznaję, że szminki to trochę mój konik. Od dawna uwielbiałam testować ich kolory, konsystencje, zawsze interesowały mnie nowe wprowadzane linie. A że jestem konsultantką Avon, to najczęściej produkty właśnie tej firmy były przedmiotem moich porównań i mini testów. Dlatego, gdy zauważyłam że w przyszłym katalogu pojawi się cała nowa linia szminek w płynie wiedziałam już, że muszę je przetestować ;-) Szminki w płynie Mark z Avonu występują w dwóch wersjach - matowej i błyszczącej. Zgodnie z opisem producenta "zapewniają wielogodzinną trwałość bez wysuszania dzięki formule z żelową bazą oraz intensywny kolor perfekcyjnie pokrywający usta". Testowałam siedem szminek, dwie w wersji matowej i pięć w wersji błyszczącej. Wyboru dokonałam testując kolor na ręce oraz kierując się w…