Przejdź do głównej zawartości

#haul nie tylko kosmetyczny CZERWIEC 2019

Trochę mnie te tegoroczne, czerwcowe, tropikalne upały rozleniwiły, jednak już wracam do blogowania. A na początek nowego miesiąca zaprezentuję Wam co nowego pojawiło się u mnie ostatnio, nie tylko z kosmetyków. Bez zbędnej zwłoki zapraszam do lektury czerwcowego haul'u! 
Mimo, że po majowych szaleństwach urodzinowych i ogromnej ilości prezentów, o czym pisałam w poprzednim haulu (LINK) obiecywałam sobie omijać drogerię i regały z kosmetykami szerokim łukiem, to wiadomo, że nie raz i nie dwa zbłądziłam ^^. Starałam się jednak skupiać na produktach, które mi się skończyły, których absolutnie potrzebuję, lub które uda mi się szybko zużyć :D Tym sposobem trafiła do mnie ta czwórka - płyn do płukania jamy ustnej Listerine (wersja z alkoholem - tak, nie lubię tych z alkoholem, ale ostatnio mam wrażenie, że z kolei te bez niego zupełnie nie działają), pumeks hammam, maseczki nawilżające oraz wielofunkcyjny żel ze smoczą krwią (!). Trzy pierwsze kosmetyki pochodzą z Rossmana, z nich najbardziej ciekawi mnie pumeks, o którym wielokrotnie czytałam w internecie same pochlebne opinie. Żel Miracle Island kupiłam w Lidlu i miałam ogromny dylemat, bo w sprzedaży pojawiły się trzy wersje - ze smoczą krwią, z aloesem oraz z wodą lodowcową. I o ile aloes mnie nie kusił (bo mam w zapasach jeszcze żel Holika Holika), to ten z wodą lodowcową bardzo. Jednak zdecydowałam się na smocza krew, czyli z sokiem z drzewa Croton Lechleri rosnącego w Peru. Ma on poprawiać stan skóry i ją ujędrniać. Musicie przyznać, że opakowanie jest bardzo fotogeniczne. 
W moim mieście otworzono drogerię Kontigo. Z okazji otwarcia było sporo okazji cenowych. Ja skusiłam się na kilka maseczek w płachcie oraz dwa mini żele pod prysznic. Później jednak widziałam, że maski miały jeszcze bardziej korzystną ofertę. Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię takich sytuacji... żeby chociaż więcej czasu upłynęło... 
Z wycieczki do Kutnej Hory, gdzie byłam na początku czerwca przywiozłam 1000 elementowe puzzle z najsłynniejszym widokiem z tego miasta. Jest to kościół św. Małgorzaty, patronki górników. To małe miasteczko było w średniowieczu słynne głównie z kopalni srebra, które znajdowały się dosłownie pod nim. To był mój czwarty raz w Kutnej Horze i nieustannie jestem zachwycona. Myślę, że koniecznie muszę Wam kiedyś o więcej na ten temat opowiedzieć! 
Z Klubu Nivea otrzymałam do przetestowania spray modelujący do włosów. Wersja Curl przeznaczona jest do włosów falowanych i kręconych. Lakier nie zawiera w swoim składzie alkoholu etylowego, a jego formuła umożliwia podobno o wiele dłuższy czas modelowania, niż w przypadku innych lakierów. Nie używam praktycznie wcale sprayów do włosów, więc ciężko będzie mi ocenić, czy ten czas jest rzeczywiście dłuższy. Jedno jest pewne - spryskanie włosów PRZED ich rozczesaniem jest bardzo głupim pomysłem... :D Kosmetyk ma ładny zapach i rzeczywiście nie skleja włosów, myślę też że umiejętnie stosowany pokaże swoje możliwości. Na razie uczę się go używać i obserwować swoje włosy, więc testowanie go zajmie mi nieco więcej czasu niż produktów pielęgnacyjnych pewnie.
A taką cudowną tacę znalazłam w DH Feniks. To taki dom handlowy "starego typu" we Wrocławiu, czyli gdzie stoiska tematyczne potrafią zajmować całe piętra i zakupy robimy w jednym dziale, a nie w poszczególnych butikach marek. Przyznaję, że lubię czasami zaglądać do tego sklepu, bo można tutaj znaleźć wiele ciekawych rzeczy niedostępnych w innych miejscach! No i w dodatku nie wiem, gdzie jeszcze w moim mieście jest Drogeria Jasmin poza tym miejscem. Wracając do tacy, to jest to plastykowa taca, którą kupiłam głównie jako tło do zdjęć (oczywiste!). Kosztowała około 10 złoty. 
Po rekomendacjach mamy zamówiłam sobie z Avonu szampon micelarny do włosów Advanced Techniques. Postanowiłam go wypróbować, mimo że jest to kosmetyk o niskopieniącej formule, a ja uwielbiam dużo piany... Szampon ma rzeczywiście formułę kremu i nakładając go po raz pierwszy miałam wrażenie jakbym myła włosy odżywką. Aplikacja była jednak tak przyjemna dla mojej skóry głowy, że niezrażona brakiem piany kontynuowałam mycie. Żeby jeszcze bardziej sprawdzić delikatność tego kosmetyku nie użyłam po myciu żadnej maski (!), ani nawet odżywki (mam nadzieję że nie czyta tego mój fryzjer). I wiecie co? Szok, bo moje wiecznie plączące się włosy wyglądały całkiem ok, miały ładnie podkręcony skręt, ale nie były splątane! Skóra głowy ukojona, nic mnie nie swędziało (ten produkt nie zawiera SLS) i generalnie rzecz ujmując "WOW". 
Do szamponu dobrałam krem do twarzy Shine Control z filtrem SPF50, nawilżająca mgiełkę do twarzy z antyoksydantami Nutra Effect oraz kilka próbek nowych pomadek, w tym jedną w intrygującym kolorze zielonym. Jeśli chodzi o próbki pomadek to możliwa do użycia, a nawet bardzo ładna okazała się pierwsza z lewej o nazwie Hint Hint. Mam wrażenie, że kiedy mam nią pomalowane usta, to cała twarz wydaje się być bardziej opalona. Pozostałe dwa kolory, czyli różowa Safe Bei oraz zielona Twisted są zdecydowanie nie do mojej karnacji i wyglądam w nich bardzo źle. Jeśli chodzi o mgiełkę, to jej pełna recenzję przedstawię Wam na blogu w nieco późniejszym czasie. 
Krem do twarzy Shine Control to podobno ulepszona wersja mojego ulubionego kremu z wysokim filtrem z Avonu, który używam od kilku lat i bardzo sobie chwalę. Na zdjęciu powyżej pokazuję właśnie tą wersję, której używałam do tej pory oraz "nowy" Shine Control. Wersja po lewej ("stara") ma działanie nawilżające, jest wodoodporna i przeznaczone jest zarówno do twarzy jak i do całego ciała. Ja zazwyczaj używam tego kremu zarówno na twarz, jak i na ramiona, szyję i wszystkie odkryte części ciała podczas jazdy rowerem. Wersja po prawej ("nowa") nie do końca jest tym samym, bo przede wszystkim przeznaczona jest tylko do twarzy. Oba kremy mają SPF50 PA+++ i taką sama pojemność 50 ml. Krem Shine Control rzeczywiście powoduje mniejsze świecenie się skóry, ale nie jest tak, że tego świecenia nie ma wcale. Niestety nie ma tak dobrze :) Ma on jednak zdecydowanie przyjemniejszy zapach i mam wrażenie, że szybciej się wchłania. Czy zamienię zupełnie starszą wersję na nową? Nie do końca, bo tamta ma szersze zastosowanie. Ale ponieważ używam kremów z wysokim filtrem od kwietnia do października, to nie boję się o zużycie :)
Z programu HOT NOTY Avon otrzymałam tym razem do przetestowania cały zestaw kosmetyków kolorowych. Znalazł się tutaj bardzo wakacyjny lakier do paznokci w kolorze Rushing Coral, tusz do rzęs Super Shock w kolorze Mesmerized jest dedykowany do niebieskich oczu i ma podkreślać barwę tęczówki. Bardzo ciekawi mnie cień do brwi Perfect Brow Powder Liner, który ma cieniutki pędzelek oraz wykończenie sypkie, pudrowe. Kredka do oczu Alluring zawiera delikatne, diamentowe drobinki. Ostatnim kosmetykiem w zestawie jest matowa, czerwona pomadka w odcieniu Sunbaked Red. Wszystkie produkty zostały już przez mnie przetestowane, ba! Tuszu do rzęs oraz cieni do brwi używam na co dzień, a i po pomadkę sięgam nierzadko. Myślę, że czas na nowy makijażowy post!
W czerwcu przyszło do mnie trochę zamówień z Aliexpressu - jak zawsze same szalone i niezbędne drobiazgi ;-) Kupiłam m.in. wkładki pod palce do butów jednakże nie spodziewam się, że będą dobrze spełniały swoja rolę, bo widziałam, że klej jest kiepskiej jakości. Zamówiłam w końcu także mini mydelniczkę, o której myślałam już prawie rok, bo od zeszłych wakacji. Podczas wyjazdów lubię mieć wszystkie kosmetyki w miniwersji i często się zdarzało, że może i mydło miałam "mini", ale już opakowanie na nie nie bardzo.
Zamówiłam też z ciekawości bambusowe szczoteczki do zębów oraz patyczki. Przyszły zapakowane w woreczki foliowe, ale nie spodziewałabym się innej formy opakowania, jeśli miały być tanie. Szczoteczki mają bardzo miękkie włosie i nie wiem jak będzie mi się ich używało, natomiast patyczki są świetne! A ponieważ całe zamówienie przyszło do mnie jakoś tak szybciej niż zazwyczaj, możliwe, że będę częściej korzystała z drewnianych patyczków niż plastikowych. Zostawiam Wam linki, gdyby ktoś był zainteresowany - oba z tego samego sklepu.
Ostatnim zakupem z Aliexpressu był ten zegarek znanej marki w wakacyjnym stylu. Oczywiście jego cena dobitnie sugeruje, że nie jest to zdecydowanie oryginał. Jednak nie ma to dla mnie większego znaczenia, bo po prostu mi się spodobał :) 
W czerwcu też udało mi się skończyć malowanie obrazu dla taty. Przypomnę jedynie, że jest to kolorowanka, którą także zamówiłam na Aliexpressie. Obraz jest już gotowy, ale nie ma jeszcze ramy więc nie do końca wygląda już tak jak powinien. Pokazuję Wam jednak taką surową wersję i zachęcam do spróbowania swoich sił w kolorowaniu po numerkach - bardzo odprężające zajęcie! Przyszły tez do mnie dwie grafiki, ale one także wymagają oprawienia więc pokażę je jak już będą gotowe.
Z wycieczki do Francji mama przywiozła mi w prezencie marsylskie mydełko o przepięknym zapachu werbeny oraz maskę glinkę Rhassoul z Aleppi (to akurat nie francuski podarunek, ale akurat trafili się kupcy z Syrii). Ciekawa jestem czy zauważę różnicę podczas stosowania tej glinki, a tych kupionych w Polsce. 
Koleżanka z USA widząc mój maseczkowy fanatyzm podarowała mi w prezencie cały zestaw maseczek, które widzicie na zdjęciu. Trzy z nich to tzw. maski całonocne, które nakładamy na skórę zamiast kremu. Trzy pozostałe mają formuły oparte na glinkach i są to maski do samodzielnego przygotowania. Już nie mogę się doczekać, aż je przetestuję ;-) 
W Lidlu kupiłam letnią koszulę z bawełny w marynarskim stylu. W sierpniu jadę nad morze, więc będzie jak znalazł, choć raczej na wietrzne popołudnia niż upalne dni z uwagi na dłuższe rękawy. A na tropikalne upały postawiłam na lnianą sukienkę, którą kupiłam w TK MAXXX. Jest bardzo miękka i przyjemna w noszeniu, niestety dość szybko się gniecie. Przetestowałam ją w ekstremalnych temperaturach powyżej 30 stopni i rzeczywiście mniej się w niej pociłam!
Także w TK MAXXX skusiłam się na mydło do rąk Faith in Nature. Nie narzekam na brak kosmetyków do mycia dłoni (od ponad pół roku męczę Yope :P), jednak zapach tego kosmetyku tak mnie zachwycił, że nie mogłam się oprzeć. Mydło pachnie bowiem bardzo intensywnie zieloną herbatą (jak dla mnie z domieszką werbeny) i zapach ten jest nie tylko bardzo ładny, ale także długotrwały. Świetnie też pomaga pozbyć się nieprzyjemnego zapachu np. po krojeniu cebuli czy czosnku. Kosmetyk zgodnie z informacją na opakowaniu ma 99% naturalnych składników i nie zawiera SLS, ani parabenów. Rzadko bywam w TK MAXXX, ale jak już tam dotrę to zawsze uda mi się znaleźć jakieś fajne perełki z których jestem bardzo zadowolona. Zauważyłam też, że trzeba uważnie studiować u nich metki z ceną, bo można trafić na prawdziwe okazje. Lubicie chodzić do tego sklepu? I to już koniec moich czerwcowych nowości kosmetycznych. Co Was szczególnie zainteresowało? A może macie ochotę podzielić się swoimi perełkami zakupowymi? Zapraszam do aktywności w komentarzach!

Komentarze

  1. Maseczki z yes najbardziej mnie ciekawią z tego zestawienia, no i jeszcze ten żel z lidla - chociaż czytałam, że skład jest taki sobie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie jest to kosmetyk naturalny, więc pewnie szału nie ma ;D Ale ciekawość wzięła górę ;-)

      Usuń
  2. Pamiętam DH Feniks sprzed lat, a taca jest przepiękna, idealna do zdjęć :D Papierowe patyczki do uszu są normalnie w Biedronce czy Rossmannie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Własnie tak coś słyszałam też! To może nie ma co zamawiać aż z Chin? :D

      Usuń
    2. Myślę, że nie ma po co, w końcu Unia zakazała już chyba produkcji plastikowych patyczków i firmy będą musiały się przestawić na papierowe ;) A w Biedronie są w standardowej ofercie zamiast plastikowych ;)

      Usuń
    3. No widzisz! A ja tak rzadko bywam w Biedronce, że nawet nie wiedziałam ;-))

      Usuń
  3. Czekam na recenzję maseczek Yes :) Miłego testowania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś czuję, że nie zagrzeją długo miejsca w moich zapasach bo bardzo kuszą^^

      Usuń
  4. Całe wieki nie układałam puzzli. A mam jakieś w domu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki temu, że wrzuciłaś zdjęcie tego żelu z lidla na ig, to i ja się wybrałam! Kupiłam tę wersję i jeszcze tę niebieską z lodowca, tylko aloesową sobie odpuściłam, bo choć nie mam żadnej w zapasach, to miałam już żeli aloesowych niezliczoną ilość (w tym kilka butelek wspomnianej przez ciebie Holiki) :D Trochę mnie smucą takie kolorowanki, bo sprawiają, że my - wykształceni plastycy - stajemy się coraz mniej potrzebni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, to raczej kolorowanki na potrzeby własnego relaksu więc myślę, że to zupełnie co innego. Poza tym ilość obrazków jest jednak ograniczona ;-) Za to z wyobraźni można wszystko!

      Usuń
  6. Ten pumeks hammam jest przerewelacyjny. Obie z Mamą bardzo go polubiłyśmy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście sprawuje się zupełnie inaczej niż pumeksy, które znałam ;-)

      Usuń
  7. Nie wiedziałam, że są takie bambusowe patyczki :) Bardzo ładny ten obrazek, aż sama zapragnęłam taki pomalować :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dużo rzeczy ci się uzbierało. :) Zachęciłaś mnie do szamponu Avonowego. No i muszę w końcu wyjąć mój pumeks hammam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy mówią, że im ten szampon obciążą włosy, ale jakoś moim to chyba odpowiada ;-)

      Usuń
  9. Ja ostatnio jestem tak na bakier z nowościami, że połowy tych rzeczy (albo więcej) nie znam, widzę po raz pierwszy u Ciebie :) U mnie w czerwcu nie pojawiło się nic nowego, aż sama jestem w szoku, ale w sumie nie miałam na nic czasu, nawet na zakupy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wszystko przez pracę! Zdecydowanie! Dobrze jednak, że masz czas na podróże, to zdecydowanie fajniejszy sposób na wydawanie pieniędzy :D ;-))))))))))))))

      Usuń
  10. to samo właśnie pomyślałam o kosmetyku ze smoczą krwią - opakowanie naprawdę śliczne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami kosmetyk kupuje nas opakowaniem, mam nadzieje, że w działaniu też będzie zachwycający ;D

      Usuń

Prześlij komentarz

Witaj, chcesz skomentować? To super! Uwielbiam czytać Wasze komentarze ;-)

Popularne posty z tego bloga

Recenzja: Nawadniająco - liftingujący krem do twarzy SupremeLAB Bielenda Professional

Już od jakiegoś czasu kusiły mnie kosmetyki z linii Bielenda Professional. Marką tą objęte są produkty przeznaczone do użytku w gabinetach kosmetycznych, jednakże od jakiegoś czasu sukcesywnie dołączają do niej także kosmetyki do użytku "domowego", także jako przedłużenie trwałości profesjonalnych zabiegów kosmetycznych. Musicie przyznać, że już w samej nazwie czuje się ten prestiż i profesjonalizm, nic więc dziwnego, że tak bardzo zapragnęłam je przetestować. Mój wybór padł na nawadniająco-liftingujący krem do twarzy z kwasem hialuronowym, który szczęśliwie udało mi się dostać w jednej z drogerii Hebe i to w promocyjnej cenie! Szczęśliwie, ponieważ wcześniej już widziałam informację na Instagramie, że firma wprowadza markę do tych drogerii, a mimo to nigdzie nie mogłam ich znaleźć.  Kremy z linii SupremeLAB zawierają wyższe stężenia składników aktywnych, niż ich drogeryjne odpowiedniki. Nawadniająco-liftingujący krem do twarzy posiada technologię HYDRA-HYAL2 odpowiedzialną za…

Recenzja: maseczki Smoothie Mask Bielenda

Firma Bielenda co rusz zaskakuje nas zupełnie nowymi kosmetykami, które kuszą swoimi formułami i opakowaniami. Całkiem niedawno pojawiły się w Rossmanach dwie serie nowych masek tej firmy - Skin Shot oraz Smoothie Mask. Pomimo ogromnych zapasów maseczek do twarzy postanowiłam kupić i przetestować serię Smoothie i dziś zapraszam Was na ich recenzje.  Owocowe maseczki Smoothie Bielenda zamknięte są w opakowaniu - saszetce, która kształtem przypomina butelkę koktajlu. Każda z nich ma pojemność 10 gram i jest przeznaczona na dwa użycia. Pomimo moich obaw rzeczywiście kosmetyku wystarcza na dwa razy i jest to odpowiednia ilość. Saszetki są w miejscu szyjki butelki nacięte i nie ma problemu z ich otworzeniem. Wszystkie maseczki z linii Smoothie prócz owocowych ekstraktów zawierają prebiotyk, który ma za zadanie wzmacniać barierę ochronną skóry na działanie niekorzystnych czynników oraz wspomagać jej regenerację.  Prebiotyczna maseczka detoksykująca z brzoskwinią i papają Smoothie Mask Jako pie…

Mat czy błysk? - nowe szminki w płynie od Avon

Czym uszczęśliwić kobietę? Na przykład nową szminką. A jak sprawić aby poziom szczęścia sięgnął sufitu? Dać jej do przetestowania sześć kolejnych! Zapraszam na przegląd szminek w płynie linii Mark od Avon. Przyznaję, że szminki to trochę mój konik. Od dawna uwielbiałam testować ich kolory, konsystencje, zawsze interesowały mnie nowe wprowadzane linie. A że jestem konsultantką Avon, to najczęściej produkty właśnie tej firmy były przedmiotem moich porównań i mini testów. Dlatego, gdy zauważyłam że w przyszłym katalogu pojawi się cała nowa linia szminek w płynie wiedziałam już, że muszę je przetestować ;-) Szminki w płynie Mark z Avonu występują w dwóch wersjach - matowej i błyszczącej. Zgodnie z opisem producenta "zapewniają wielogodzinną trwałość bez wysuszania dzięki formule z żelową bazą oraz intensywny kolor perfekcyjnie pokrywający usta". Testowałam siedem szminek, dwie w wersji matowej i pięć w wersji błyszczącej. Wyboru dokonałam testując kolor na ręce oraz kierując się w…