Przejdź do głównej zawartości

Recenzja: maski w płachcie Clean & Simple Cettua

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją całej serii masek w płachcie, które już dawno otrzymałam w prezencie od koleżanki z portalu Dress Cloud. Zawsze byłam bardzo ciekawa, czy w ramach jednej firmy maski mogą się między sobą różnić? Ba! Czy ogólnie jest możliwe zauważenie różnicy pomiędzy poszczególnym działaniem masek w płachcie, które tak są do siebie podobne? Przetestowałam pięć masek, których recenzje wraz z moją opinią znajdziecie w dalszej części wpisu. 
Opakowanie każdej maski Cettua jest w kolorze odpowiadającym rodzajowi maski, z zabawnym rysunkiem rudowłosej dziewczyny w kucykach w okolicy toaletki kosmetycznej i lusterka. Maski występują w formie nasączonego esencją płata, który po rozłożeniu nakładamy na oczyszczoną skórę twarzy i pozostawiamy na 10 do 20 minut. Każda z masek nie zawiera parabenów, dodatków zapachowych i pigmentów oraz jest przebadana dermatologicznie. W tym miejscu chciałabym podziękować Talarkowej, za podpowiedź aby od razu po użyciu maski spisywać wrażenia po niej "na gorąco". Gdyby nie to, nie byłabym w stanie przypomnieć sobie działania każdego z tych kosmetyków i odtworzyć go później tak dokładnie!
Jako pierwszą wypróbowałam maskę nawilżającą Hydrating Facial Mask, która według producenta zawiera w swoim składzie m.in. wodę lodowcową. Użyłam ją na skórę dość mocno opaloną licząc nie tylko na jej nawilżenie, ale tez ukojenie. Płachta była dobrze przycięta, choć pasek nad ustami mógłby być nieco bardziej szeroki. Podczas nakładania zapach bardzo mnie drażnił, na szczęście później już go nie wyczuwałam. 
Sama płachta była bardzo mocno nasączona esencją, której sporo pozostało w opakowaniu. Wtarłam ją więc także w szyję i czoło, bo jak widać przy moim wysokim czole maska nie dochodziła do samej linii włosów. Maska wyraźnie i fajnie nawilżyła, a także ukoiła moja spieczoną słońcem skórę. Mimo początkowych obaw nic złego się nie wydarzyło, a działanie było naprawdę świetne.   
Na drugi ogień poszła maska rozjaśniająca, czyli Brightening Facial Mask. Ta wersja w swoim składzie zawiera m.in. wyciąg z grejpfruta, olejek jojoba i wyciąg z róży. Płachta była świetnie skrojona pod mój kształt twarzy, choć i tutaj zabrakło centymetra do linia włosów. Ale przynajmniej pasek pomiędzy otworem na usta i nos był szerszy. Maska była bardzo mocno nasączona, ale w opakowaniu nie pozostało nic więcej esencji. Zapach delikatny, prawie niewyczuwalny i zupełnie niedrażniący zdecydowanie umilił mi aplikację. 
Po zdjęciu maski skóra była przyjemnie nawilżona, ale nie zauważyłam większego efektu rozjaśnienia skóry. Jedynie pod oczami (a wyjątkowo wysoko podciągałam maskę w tym miejscu!) mam wrażenie, że cienie nieznacznie się zmniejszyły i rozjaśniły. Być może trzeba by przeprowadzić dłuższa kurację tym rodzajem maski, aby zauważyć większe efekty.  
Kolejna maska to Pore Control Facial Mask, czyli maseczka kontrolująca wydzielanie sebum i rozszerzanie się porów. Serum, która nasączona jest maska zawiera w swoim składzie ekstrakt z liści Camellia Sinensis, Aspalathus Linearis i Uuron-Cha Ekisu. Czymkolwiek są te rośliny pierwszy raz o nich słyszę! Z tą płachtą miałam niezłe przeboje przy nakładaniu i albo ja mam krzywą twarz, albo coś tu było nie tak powycinane. W każdym razie dość długo dopasowywałam ją do kształtu twarzy, szczególnie w okolicach oczu, w końcu lekko ją naddarłam żeby jakoś to dopasować. Płachta była znacznie cieńsza od pozostałych z serii Cettua. Dość mocno nasączona, ale bez wylewającej się esencji w opakowaniu. Zresztą na samym zdjęciu widać jaka jest "mokra". 
Zapachu w sumie nie było prawie czuć, mimo że słyszałam opinie o odrażającym odorze alkoholu przy aplikacji tej maski. Ja jednak nic takiego nie wyczułam. Podczas aplikacji miałam wrażenie, ze serum którym nasączona jest maska jest jakby innego rodzaju, mniej wodniste a bardziej oleiste. Po zdjęciu maski na skórze pozostał tłusty film. Sama skóra bardzo wolno wysychała i ciągle się lepiła, co irytowało mnie tak bardzo, że zmyłam ją żelem oczyszczającym. Czy zauważyłam zmniejszenie porów? Być może jakieś niewielkie, którego nawet nie odnotowałam. Jednak same wrażenia z aplikacji i stanu lepiącej się skóry po zdecydowanie odrzuciły mnie od tej wersji.  
Moja skóra bywa zaczerwieniona nie tylko z powodu słońca, dlatego jako następną wypróbowałam maskę przeciwko zaczerwienieniom, czyli Anti-Redness Facial Mask. W składzie tej maski zgodnie z informacja producenta, znajdziemy między innymi ekstrakt z jagód acai znanych z wysokiej zawartości przeciwutleniaczy i witamin A, C, E. Po przebojach z kształtem w poprzedniej wersji maski tutaj wszystko było OK - płachta przycięta była prawidłowo, mocno ale nie przesadnie nasączona, łatwo było dopasować ją do twarzy. Oczywiście jak przy wszystkich maskach tej firmy z marginesem około centymetra od linii włosów, ale to może być wina mojego wysokiego czoła ;-) 
Nie wyczułam żadnego zapachu podczas aplikacji tej maski, która przyjemnie chłodziła i nawadniała skórę. Po zdjęciu na twarzy wyczuwałam delikatny film, ale nie było on drażniący, dlatego postanowiłam go zostawić. Niestety po kolejnych 10 minutach skóra zaczęła się zaczerwieniać i wyglądać na podrażnioną. Szkoda, naprawdę dobrze się zapowiadało...
Jako ostatnią z serii wypróbowałam maskę Anti-Aging Facial Mask, czyli o działaniu przeciwstarzeniowym. W swoim składzie zawiera ona adenozynę, która poprawia elastyczność skóry i ogranicza drobne zmarszczki. Płachta tej maski była najgrubsza ze wszystkich z tej serii i także dobrze nasączona. Jeśli chodzi o dopasowanie jej do twarzy, to także nie napotkałam na większe trudności, choć w okolicy brody miałam jakoś tak więcej materiału. 
Podczas działania miałam wrażenie delikatnego chłodzenia skóry, maska była przyjemnie nawilżona. Nic złego nie wydarzyło się zarówno podczas aplikacji, jak i po niej. Po zdjęciu zauważyłam, że mam ładnie nawilżoną i gładszą skórę. Niestety tutaj także pozostał film na skórze, ale po chwili także i on się wchłonął. Ta maska była całkiem przyjemna, mimo że ciężko ocenić jej działanie przeciwstarzeniowe. 

Podsumowując działanie całej serii masek Cettua mogę powiedzieć, że nie wszystkie mnie zachwyciły i spowodowały, że chciałabym po nie sięgnąć ponownie. Z pewnością nie wrócę do wersji Pore Control, czy Anti-Redness. Co ciekawe ta pierwsza także i na wizażu ma bardzo niskie oceny. Mimo, że wszystkie maski były z jednej firmy widać duże zróżnicowanie zarówno w kształtach płachty, jak i jej rodzajom. Najbardziej byłam zadowolona z działania maski Hydrating oraz Brigtening i to do nich mogłabym ewentualnie wrócić w przyszłości. Jednak nadal nie przebiły one działania moich ulubieńców z firmy Garnier, który jest też tańszy (albo ma lepsze promocje). Używałyście masek w płachcie Cettua? Jakie były wasze wrażenia? Lubicie włączać maski w płachcie do swojej pielęgnacji?  


Komentarze

  1. Ja miałam tą nawilżającą niebieską i bardzo mi odpowiadała. W ogóle w mojej rutynie pielęgnacyjnej maski a już w szczególności te w płachcie pełnią bardzo dużą rolę. NAjbardziej sobie chwalę te o działaniu nawilżającym i oczyszczające,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jak na razie zachwycam się zazwyczaj tymi o działaniu nawilżającym, ewentualnie rozjaśniającym. Oczyszczające albo działania na mnie jedynie jako nawilżenie, albo mnie niestety podrażniają ;-)

      Usuń
  2. Cieszę się, że mogłam pomóc i dać jakąś małą wskazówkę co do tego typu wpisów ;) A co do masek - ja sama miałam z tej firmy dwie wersje, czerwoną przeciw zaczerwienieniom oraz nawilżającą niebieską i obie wspominam całkiem dobrze. Nic złego mi nie zrobiły, wręcz fajnie odżywiły skórę. Reszty bliżej nie poznałam, ale po Twoim wpisie widać, jak wielka może być różnica w całym secie z jednej firmy, i to nawet taka czysto techniczna w postaci płachty. Wow :O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! raczej spodziewałabym się, że skoro jedna firma to wszystkie płaty będą z identycznego materiału i o identycznym kroju, a tu niespodzianka ;-)

      Usuń
  3. Lubię maski w płachcie, to najwygodniejsza forma dbania o skórę. :-) Niemniej jednak w ich przypadku trzeba czasu, i bardzo regularnego stosowania żeby zauważyć efekty, dlatego ostatnio chętniej sięgam po kremowe maseczki całonocne. Z Twoich masek najbardziej zaciekawiła mnie wersja nawilżająca z uwagi na fakt, że mam suchą skórę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, takie jednorazowe użycie maski w płachcie może nam jedynie powiedzieć, czy skład serum nas nie uczula. Bo na efekty działania trzeba jednak więcej czasu regularności!

      Usuń
  4. Ja ostatnio stałam się wielką fanką masek i staram się używać ich regularnie. Tych jeszcze nie miałam okazji wypróbować, ale przetestuję jak skończą się moje obecne. Ciekawe czy będę z no h zadowolona .miłego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także ostatnio maseczkuję na potęgę ;D Mam spore zapasy i chciałabym znaleźć kilka masek, które szczególnie mnie zachwycą i poużywać ich nieco dłuższy czas.

      Usuń
  5. Uwielbiam nie ja kocham wszelakie maseczki. Najbardziej lubię właśnie w te płacie bo są najwygodniejsze. Powiem Ci żadnej z tej nie miałam ale zdjęcia tak jak i Ty działanie każdej sprawdizlabym na sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maski w płachcie są super, chociaż czasami lubię poużywać też tych z tuby.

      Usuń
  6. Szczerze mówiąc pierwszy raz słyszę o tej marce masek i nie miałam okazji ich wcześniej używać. Zainteresowała mnie Pore Control bo mam problem z cerą problematyczną, ale z tego co wyczytałam to chyba nie warto po nią sięgać, a szkoda :( Być może skuszę się na wersję rozświetlającą bo tego nigdy za wiele ~!

    Sakurakotoo ❀ ❀ ❀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko powiedzieć, jak sprawdziła by się u Ciebie - o tym niestety można przekonać się jedynie na własnej skórze ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Witaj, chcesz skomentować? To super! Uwielbiam czytać Wasze komentarze ;-)

Popularne posty z tego bloga

Mat czy błysk? - nowe szminki w płynie od Avon

Czym uszczęśliwić kobietę? Na przykład nową szminką. A jak sprawić aby poziom szczęścia sięgnął sufitu? Dać jej do przetestowania sześć kolejnych! Zapraszam na przegląd szminek w płynie linii Mark od Avon. Przyznaję, że szminki to trochę mój konik. Od dawna uwielbiałam testować ich kolory, konsystencje, zawsze interesowały mnie nowe wprowadzane linie. A że jestem konsultantką Avon, to najczęściej produkty właśnie tej firmy były przedmiotem moich porównań i mini testów. Dlatego, gdy zauważyłam że w przyszłym katalogu pojawi się cała nowa linia szminek w płynie wiedziałam już, że muszę je przetestować ;-) Szminki w płynie Mark z Avonu występują w dwóch wersjach - matowej i błyszczącej. Zgodnie z opisem producenta "zapewniają wielogodzinną trwałość bez wysuszania dzięki formule z żelową bazą oraz intensywny kolor perfekcyjnie pokrywający usta". Testowałam siedem szminek, dwie w wersji matowej i pięć w wersji błyszczącej. Wyboru dokonałam testując kolor na ręce oraz kierując się w…

Denko LUTY 2018

Luty jest najkrótszym miesiącem w roku, jednak te dwa dni mniej to chyba nie aż tak dużo, żebym miała tak małe denko? W każdym razie jak widać tempo zużywania nieco mi siadło. Jednak nie mam zamiaru zbytnio się tym przejmować, bo grunt ze idzie do przodu. A Was bez zbędnej zwłoki zapraszam do lutowego przeglądu.   Zużycia w minionym miesiącu były u mnie tak niewielkie, że trochę zachwianiu uległy moje kategorie. Dlatego dzisiejszych opisów nie będę poprzedzała kategoriami. Myślę jednak, że z powodzeniem odnajdziecie co jest co.  - mydło do rąk Melon & Pitaja, Cien z Lidla - przepiękny, wakacyjny, owocowy zapach słodkiego melona i do tego różowy kolorek <3 Żel pod prysznic z tej samej linii zapachowej zużyłam w listopadzie i miałam od niego zastrzeżenia, że wysuszał mi skórę. W przypadku mydła nic takiego się nie działo i jestem z niego bardzo zadowolona. 
- żel pod prysznic Today, Avon - kremowy żel pod prysznic o zapachu bardzo lubianych przez mnie perfum o tej samej nazwie. O pe…

Mania maseczkowania 4

Ostatnio pokochałam maski w płachcie, a że mam ich dość spore zapasy to decyduję się na pielęgnację z ich użyciem znacznie częściej. Można by mieć wątpliwość, czym może różnić się jedna maska tego typu od drugiej? Jednak okazuje się, że każda z nich jest inna, a działanie nie każdej mnie zachwyca. Zapraszam Was dziś na czwarty przegląd maseczek, tym razem same wersje na tkaninie.  Maski na tkaninie, inaczej nazywane maskami w płachcie przywędrowały do nas wraz z modą na koreańską pielęgnację skóry. Dotychczas były one dostępne jedynie poprzez strony typu ebay, czy też w sklepach internetowych specjalizujących się w sprzedaży kosmetyków z tej części świata. Pamiętam jak bardzo ucieszyłam się, kiedy w moim rodzimym mieście otworzył się sklep JJ Korean Beauty, a jakiś czas później firmowy sklep It's Skin.  W między czasie wiele innych firm rozpoczęło produkcję tego typu kosmetyków - Garnier, Bielenda, czy Selfie Project, a marki znane dotąd jedynie z internetu zaczęły pojawiać się na t…